05.08.2013

Starcie z babą-buldożerem

Historia na faktach. Jak wszystkie moje.

Wracam z pracy i żar leje się z nieba. Zmęczona, spocona, spragniona i głodna jak wilk myślę o tym, żeby jak najszybciej dojechać do domu. Stoję w korku, rozglądam się i co widzę? Przecena w lumpeksie! Na szybie napisane flamastrem, że dziś wszystko za 1 lub 2 zł. No to, myślę sobie, jak już i tak tu stoję, to przynajmniej niech coś z tego mam. Wchodzę. Ludzi tyle, co na Woodstocku 10 lat temu (teraz nie wiem, bo byłam raz i mi na resztę życia wystarczyło).

Nowy towar oddzielony od starego jakimiś dziwnymi prętami, na których rozciągnięta biało-czerwona taśma, używana do ogradzania miejsc wypadków drogowych. Na środku ogrodzonego placu leży wielka, kolorowa sterta ubrań. A przed stertą transparent z napisem:"To jest nowa dostawa towaru". Ale nie wejdziesz człowieku, miejsce wypadku ogrodzone. To ja do wieszaków, które ogólnodostępne. No, myślę sobie, nie jest źle, muzyka gra, Rihanna śpiewa swoje najnowsze hity, olejek zapachowy w kominku można podciągnąć pod element aromaterapii - prawie jak we włoskim butiku.

Tradycyjnie idę do działu z ciuszkami dziecięcymi, bo nauczona doświadczeniem wiem, że można w nim znaleźć nowe rzeczy, jeszcze z metkami, których nikt nie nosił. Już nie raz udało mi się takie łupy zdobyć. Okrągły stojak, ciuszków nabite tyle, że ledwo można rozsunąć wieszaki i przyjrzeć się, co tam jest. Ale nie poddaję się, oglądam.

Do mojego stojaka powoli podchodzi baba-buldożer, starsza, dosyć krępa i niska, raczej niewyróżniająca się z tłumu. Tylko, że zamiast oglądać rzeczy po drugiej stronie okrągłego przecież stojaka, ona postanawia przeglądać na bieżąco te, które ja właśnie odkładam. Zupełnie jakby cieszyły się największą popularnością albo jakbym była królem Midasem i zamieniała je po kolei w złoto. Po krótkim namyśle i powierzchownych oględzinach dochodzę do wniosku, że baba zbyt zaciekle chwyta za te ciuszki i tak łatwo się nie podda. Decyduję się więc na mój stały trik, który jak dotąd zawsze pomagał i uwalniał mnie od takowych niechcianych "koleżanek". Biorę ciuszek niedbale do ręki, oglądam go ze wszystkich stron, a minę robię przy tym, jakby mi coś śmierdziało pod nosem. I obowiązkowo przechylam głowę raz w jedną raz w drugą stronę. Do tej pory numer skutkował. Baba widząc moją minę stwierdzała, że tam nic ciekawego nie ma i dawała mi spokój. Ale nie baba-buldożer, o nie! To jest twarda zawodniczka, ona się tak łatwo nie podda! Ja ciuszki w prawo (żeby cokolwiek móc zobaczyć), ona je w lewo. Ja znów w prawo, ona w lewo. Po piątym razie myślę sobie: "Przecież tak się nie da nic oglądać, muszę coś wymyślić.". Wymyślam więc korek, tzn. przestój. I niby wybieram małą, różową, spraną sukieneczkę i niby ją oglądam ze wszystkich stron już nie z miną śmierdzącą, lecz z bardzo zaciekawioną, zaintrygowaną wręcz. Tak jakbym próbowała odgadnąć zagadkę wszech czasów. I myślę sobie: "Jak postoję, baba się znudzi i przejdzie w końcu na drugą stronę wieszaka, bo ileż można za kimś stać i czekać?" Ale nic błędniejszego. Ona stoi i czeka. Po kilku minutach sprawdzania przeze mnie sukienkowych falbanek, kieszonek, guzików i w końcu już nawet szwów odkładam ją i przeglądam ubranka dalej. A co robi baba-buldożer? Rzuca się na oglądaną przeze mnie przed chwilą sukienkę jakby była wysadzana brylantami i zaczyna ją oglądać dokładnie tak samo, jak ja - krok po kroku. Myślę sobie: "Babo, ja to przecież dla zmyłki robiłam. Po co mi sprana sukienka?" Ale baba myśli, że sukienka dotknięta przez Midasa jest teraz wyjątkowa i idzie z nią do kasy. I pyta głośno sprzedawczynię: "A za ile by była ta sukienka?" Sprzedawczyni waży i odpowiada: "Pięćdziesiąt groszy". A baba buldożer robi kwaśną minę i mówi:"Oj, to nie, dziękuję" i odwiesza ubranko na miejsce. Oczy mi wychodzą z orbit: "50 groszy to za drogo??" No ale nic, widzę, że podchodzi znów z mojej prawej strony i znów łapie za wszystko, co tylko odłożę. I znów ja ciuszki w prawo, ona w lewo. W końcu nie wytrzymuję i zdobywam się na wyżyny mojej asertywności: "Przepraszam, ale ja nic nie mogę obejrzeć, kiedy Pani przesuwa te rzeczy z powrotem w moją stronę". Baba zdziwiona i przeprasza. Za chwilę jednak postanawia stoczyć ze mną ostateczną walkę. Swoje ręce zamienia w młyn, poruszający się z prędkością noży kombajnowych i kosi wszystko, co napotka. Szarpie ciuchy, jakby miała je rozerwać, a robi to tak szybko, że wieszak cały się rusza. Dochodzi rękami do moich rąk i wcale się nie zatrzymuje. To ja odchodzę krok w tył, myśląc, że baba-buldożer, to jednak trochę nie po kolei w głowie ma. A ona przechodzi całe okrążenie i robi drugą rundę. Jedzie i kosi z taką prędkością, że widząc to, automatycznie sama przyspieszam moje oglądanie. Oglądam, przerzucam już te wieszaki coraz szybciej, a baba coraz bliżej. To ja jeszcze szybciej, a baba za mną, jak cień. I nagle myślę sobie: "Co ja robię? Uciekam na wieszaku przed babą-buldożerem? Chore jakieś. Idę stąd". Spoglądam  tylko ostatni raz na babę, która widząc, że odchodzę, zwalnia tempo koszenia i z miną zwycięzcy przymierza się do trzeciego okrążenia.

Przegrałam walkę, ale nauczyłam się, że jakby co, są inne sposoby na wykoszenie zainteresowanych oglądanych przez Ciebie w sklepie ubrań. Musisz zamienić się w babę-buldożera.