Dziękuję Wam serdecznie za miłe słowa. Ja też ogromnie się cieszę, że jestem już zdrowa, bo bardzo się wycierpiałam i marzyłam o tym, żeby w końcu wrócić do "normalnego" życia. Wróciłam do pracy, pełna energii i zapału do działania i mnie zwolnili. Tak po prostu, na wejściu. Nie pozostaje mi nic innego, jak poszukać pozytywnych stron tej sytuacji, bo przecież się nie załamię. Skoro wygrałam z tak ciężką chorobą, to jestem w stanie przejść wszystko. Choć oczywiście nie jest mi łatwo.
Postanowiłam m.in. więcej działać szyciowo i wykorzystać czas na rzeczy, na które przez ostatnie pół roku nie miałam zdrowia. Ból nie pozwalał siedzieć przy maszynie, więc zdaje się, że uszyłam tylko jedną zabawkę - małpkę dla Leny. Kotek powstał, kiedy doszłam do sił. Teraz będę więcej szyć i więcej tutaj pisać. Mam w sobie bardzo dużo energii twórczej i gdzieś to muszę wykorzystać;) hehe
Gorąco Was pozdrawiam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę z życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę z życia. Pokaż wszystkie posty
11.02.2015
24.12.2014
Wigilijna siła
Witam Was bardzo gorąco:) Jest mi bardzo miło, że podobają Wam się moje hafty. To takie nieśmiałe, pierwsze kroki, ale przynajmniej technika, którą można wykorzystać w łóżku. U mnie zdrowotnie nadal nienajlepiej. Był kolejny pobyt w szpitalu, zabieg, komplikacje i ból, który nadal się ciągnie. Kolejny stan zapalny, kolejne leki. Ale najważniejsze, że nie tracę nadziei, że to wszystko minie i będzie dobrze. I tak jest dobrze, bo zawsze mogłoby być gorzej, więc nie narzekajmy. Od dwóch dni mam siłę wstać z łóżka, więc Bogu dzięki! Bałam się, że na święta nie będę w stanie pojechać do rodziny, a to by było straszne. Wigilia mi daje siłę na cały rok. To tak magiczny moment, że zawsze przy pobieraniu krwi albo przy wkłuwaniu węflonu myślę właśnie o wigilii. I w myślach widzę, jak siedzimy wszyscy przy stole nad parującym barszczem z uszkami i każdy wystrojony i uważa, żeby się nie pochlapać. A na policzkach wypieki od gorącego barszczu i emocji:) To są chwile, dla których warto żyć. Dziękuję Bogu, że mam kochającą rodzinę, która daje mi tyle siły. Mam ogromne szczęście:)))
A piszę po to, żeby Wam złożyć świąteczne życzenia, choć pewnie większość z Was szaleje teraz gdzieś w kuchni i nie wie, w co ręce włożyć i czy się wyrobi do wigilii. Ja mam przerwę, bo ból nie pozwala więcej zrobić. Siedzę na poduszce elektrycznej, nastawionej na 3, podpiekam sobie tyłek i rozkoszuję się tym gorącem. Tak dobrze rozgrzewa mój biedny obolały brzuch.
Z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć miłości, zdrowia, powodzenia, wsparcia od bliskich i dalekich, a przede wszystkim siły. Siły ducha, ciała i umysłu, która pozwoli Wam przetrwać wszystkie chwile. Te dobre i te złe. I żeby te święta były pełne spokoju, radości i przyjemności.
Gorące, piernikowo-świerkowe pozdrowienia!
A piszę po to, żeby Wam złożyć świąteczne życzenia, choć pewnie większość z Was szaleje teraz gdzieś w kuchni i nie wie, w co ręce włożyć i czy się wyrobi do wigilii. Ja mam przerwę, bo ból nie pozwala więcej zrobić. Siedzę na poduszce elektrycznej, nastawionej na 3, podpiekam sobie tyłek i rozkoszuję się tym gorącem. Tak dobrze rozgrzewa mój biedny obolały brzuch.
Z okazji Świąt chciałabym Wam życzyć miłości, zdrowia, powodzenia, wsparcia od bliskich i dalekich, a przede wszystkim siły. Siły ducha, ciała i umysłu, która pozwoli Wam przetrwać wszystkie chwile. Te dobre i te złe. I żeby te święta były pełne spokoju, radości i przyjemności.
Gorące, piernikowo-świerkowe pozdrowienia!
17.11.2014
Co za dzień...
Dziś dałam radę wyjść z domu na małe zakupy. To niebywały sukces, biorąc pod uwagę moje możliwości w ciągu ostatnich miesięcy. Może to dzięki nowej diecie mam więcej sił? Żeby jeszcze tylko ból sobie poszedł i pozwolił zapomnieć o całej sprawie...
Idąc chodnikiem minęła mnie starsza pani z wózkiem i małym, może dwuletnim chłopcem. Już z daleka coś do mnie wołał i coś pokazywał, ale nic nie rozumiałam. Dopiero gdy się zbliżyłam, zobaczyłam, że mi pokazuje małą piłeczkę, którą trzymał w ręce. A taki był uradowany, że ledwo mógł usiedzieć. Starsza pani też była uradowana. Nie wiem, czy piłeczką, czy radością chłopca. W każdym razie udzielił mi się ich nastrój i szłam dalej uśmiechnięta od ucha do ucha. Taka prosta radość na zasadzie "podaj dalej":)
W mieście czułam się trochę jak dzik wypuszczony z lasu - oszołomiona ogromem dźwięków, ludzi, kolorów, ogólnego zamieszania. Będąc odciętym od tego wszystkiego można się naprawdę odzwyczaić i czuć po prostu dziko. Zaliczyłam kilka aptek, zanim udało mi się zdobyć komplet leków, a później postanowiłam zrobić siostrze niespodziankę i kupić jej ciepłą opaskę na uszy. Dopiero kiedy zadowolona z zakupu poszłam dalej, przypomniało mi się, że miała być "tylko nie z polaru". Ja kupiłam oczywiście z polaru. A w domu okazało się, że opaska, zanim trafiła w moje ręce, została okraszona ptasią kupą. A pani sprzedawczyni tak skrzętnie ją zawinęła, że nic nie było widać. Opaska powędrowała więc do kosza na pranie i czeka na dalszą część przygód.
A po powrocie postanowiłam zrobić sobie naleśniki gryczane, jako że nie mogę teraz jeść mąki pszennej. Powiem tak, z naleśników to one miały chyba jedynie wygląd, chociaż też nie do końca. Nic nie zastąpi smaku klasycznego naleśnika z dżemem truskawkowym. Po prostu klasyk. Tęsknię za moimi ulubionymi smakami. Naleśniki wyszły suche, łamliwe, trochę przypominające ciasto na tortillę. Dało się je zjeść, ale bardziej siłą woli - "to zdrowe, trzeba zjeść". Dlaczego to, co zdrowe, nie może smakować jak to, co niezdrowe? Mam kryzys... Chciałabym zjeść sobie jabłko, banana, ale z owoców mogę tylko cytryny. W przepisie nie było podane, że czas smażenia jednego gryczanego naleśnika jest co najmniej 2 razy dłuższy, niż klasycznego. Zgadnijcie, ile czasu zajęło smażenie... Trzy godziny.
Idąc chodnikiem minęła mnie starsza pani z wózkiem i małym, może dwuletnim chłopcem. Już z daleka coś do mnie wołał i coś pokazywał, ale nic nie rozumiałam. Dopiero gdy się zbliżyłam, zobaczyłam, że mi pokazuje małą piłeczkę, którą trzymał w ręce. A taki był uradowany, że ledwo mógł usiedzieć. Starsza pani też była uradowana. Nie wiem, czy piłeczką, czy radością chłopca. W każdym razie udzielił mi się ich nastrój i szłam dalej uśmiechnięta od ucha do ucha. Taka prosta radość na zasadzie "podaj dalej":)
W mieście czułam się trochę jak dzik wypuszczony z lasu - oszołomiona ogromem dźwięków, ludzi, kolorów, ogólnego zamieszania. Będąc odciętym od tego wszystkiego można się naprawdę odzwyczaić i czuć po prostu dziko. Zaliczyłam kilka aptek, zanim udało mi się zdobyć komplet leków, a później postanowiłam zrobić siostrze niespodziankę i kupić jej ciepłą opaskę na uszy. Dopiero kiedy zadowolona z zakupu poszłam dalej, przypomniało mi się, że miała być "tylko nie z polaru". Ja kupiłam oczywiście z polaru. A w domu okazało się, że opaska, zanim trafiła w moje ręce, została okraszona ptasią kupą. A pani sprzedawczyni tak skrzętnie ją zawinęła, że nic nie było widać. Opaska powędrowała więc do kosza na pranie i czeka na dalszą część przygód.
A po powrocie postanowiłam zrobić sobie naleśniki gryczane, jako że nie mogę teraz jeść mąki pszennej. Powiem tak, z naleśników to one miały chyba jedynie wygląd, chociaż też nie do końca. Nic nie zastąpi smaku klasycznego naleśnika z dżemem truskawkowym. Po prostu klasyk. Tęsknię za moimi ulubionymi smakami. Naleśniki wyszły suche, łamliwe, trochę przypominające ciasto na tortillę. Dało się je zjeść, ale bardziej siłą woli - "to zdrowe, trzeba zjeść". Dlaczego to, co zdrowe, nie może smakować jak to, co niezdrowe? Mam kryzys... Chciałabym zjeść sobie jabłko, banana, ale z owoców mogę tylko cytryny. W przepisie nie było podane, że czas smażenia jednego gryczanego naleśnika jest co najmniej 2 razy dłuższy, niż klasycznego. Zgadnijcie, ile czasu zajęło smażenie... Trzy godziny.
15.11.2014
Szyciowo, pieczeniowo i bezglutenowo
Dziś udało mi się trochę poszyć. Wprawdzie ręcznie, ale przynajmniej tyle. Może jutro uda mi się usiąść do maszyny? Mam nadzieję, że będę miała tyle siły, co dzisiaj. Wycięłam części małpki i zamierzam uszyć nową maskotkę dla mojej chrześniaczki. Ten, kto wymyślił stolik do laptopa powinien dostać nobla, bo dzięki niemu mogę kroić i szyć w łóżku;)
Od trzech dni czuję się lepiej, jestem silniejsza. Przeszłam na dietę bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową, bezdrożdżową itp. i bardzo dużo gotuję. Poznaję nowe smaki i eksperymentuję z tym, co wolno mi jeść. Czasem brakuje mi sił na to moczenie, prażenie, gotowanie, zapiekanie i zmywanie góry naczyń, ale nie mam wyjścia. Nie przeganiam już głodu kanapką, tylko bardzo zdrowymi i starannie przygotowanymi posiłkami. Nie sądziłam, że zmiana sposobu odżywiania tak szybko przyniesie efekty w postaci przypływu energii. Mam nadzieję, że wytrwam, bo nie zawsze jest łatwo;) Tym bardziej, jak widzę w szafce otwartą paczkę pierników...
W każdym razie postanowiłam, że chleb będę nadal piekła - dla pozostałych domowników (czyli jednego). Nie mogę mu odebrać tej przyjemności tylko dlatego, że nie wolno mi jeść pieczywa. No trudno, może kiedyś jeszcze będę mogła wrócić do moich ulubionych smaków. A oto chlebki, które upiekłam dziś wieczorem:
Tak sobie rosły w piekarniku:
A tak wyglądały po upieczeniu:
Ale bym sobie zjadła... ech...
Gorąco Was pozdrawiam i życzę spokojnej nocy:)
Od trzech dni czuję się lepiej, jestem silniejsza. Przeszłam na dietę bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową, bezdrożdżową itp. i bardzo dużo gotuję. Poznaję nowe smaki i eksperymentuję z tym, co wolno mi jeść. Czasem brakuje mi sił na to moczenie, prażenie, gotowanie, zapiekanie i zmywanie góry naczyń, ale nie mam wyjścia. Nie przeganiam już głodu kanapką, tylko bardzo zdrowymi i starannie przygotowanymi posiłkami. Nie sądziłam, że zmiana sposobu odżywiania tak szybko przyniesie efekty w postaci przypływu energii. Mam nadzieję, że wytrwam, bo nie zawsze jest łatwo;) Tym bardziej, jak widzę w szafce otwartą paczkę pierników...
W każdym razie postanowiłam, że chleb będę nadal piekła - dla pozostałych domowników (czyli jednego). Nie mogę mu odebrać tej przyjemności tylko dlatego, że nie wolno mi jeść pieczywa. No trudno, może kiedyś jeszcze będę mogła wrócić do moich ulubionych smaków. A oto chlebki, które upiekłam dziś wieczorem:
Tak sobie rosły w piekarniku:
A tak wyglądały po upieczeniu:
Gorąco Was pozdrawiam i życzę spokojnej nocy:)
5.11.2014
Kiedy przychodzi choroba...
Postanowiłam odkurzyć bloga i napisać parę słów. Długo mnie nie było, długo nie pisałam i dawno nic nie uszyłam. Monika z Domu za końcem świata namawiała mnie już dawno, żebym wróciła i coś napisała, ale nie potrafiłam. Uważałam, że nie mam nic do pokazania, bo nie mogę szyć, więc tym samym nie mam nic do powiedzenia.
Od kilku miesięcy jestem chora i jakby "wyłączona" z dotychczasowego życia. Różnie sobie z tym radzę, są dni, kiedy się poddaję i nie mam siły dalej walczyć, ale bywa też tak, że dostaję przypływu nadziei, że będzie lepiej. Nie wiem, dlaczego zachorowałam i dlaczego muszę znosić tyle bólu. Początkowo byłam wściekła na cały świat i nie godziłam się z tym, że dotknęło to akurat mnie, ale z czasem moje nastawienie się zmieniło. Myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i to, że zachorowałam ja i akurat w takim momencie życia, ma znaczenie. Wierzę, że to ma sens, tylko może jeszcze nie jestem w stanie go zrozumieć. Czasem myślę, że Bóg wyłączył mnie z dotychczasowego życia, żeby mi dać czas na zrozumienie, co w nim jest dla mnie najważniejsze. I może chciał mi pokazać moją siłę, ile bólu jestem w stanie wytrzymać i jak bardzo potrafię walczyć, żebym już nigdy nie myślała, że jestem słaba. Próbuję znaleźć ten sens i uważnie przyglądać się temu, co mnie spotyka.
Może nie pokażę w najbliższym czasie jakichś wyjątkowych, uszytych dzieł, bo jeszcze nie mogę siedzieć przy maszynie, ale pokażę inne rzeczy, które robię. W poniedziałek upiekłam pierwszy w życiu chleb na zakwasie i bardzo się tym sukcesem cieszę. Kosztowało mnie to sporo energii, ale dałam radę. Dziś upiekłam dwa kolejne, jeden pewnie zamrożę na później. Piekę chleb, żeby nie zwariować. Pilnuję, czy zakwas pracuje, czy ciasto wyrasta na blaszce i czy się rumieni. Wypełniam myśli chlebem, żeby nie myśleć o chorobie i beznadziei. A później spoglądam, jak stygnie na kracie i wdycham jego zapach. I cieszy mnie mój dom, w którym pachnie chlebem.
Dziękuję Wam, że przez ten cały czas, w którym się nie odzywałam, zaglądaliście do mnie, odwiedzaliście. Cieszę się, że jesteście:)
Od kilku miesięcy jestem chora i jakby "wyłączona" z dotychczasowego życia. Różnie sobie z tym radzę, są dni, kiedy się poddaję i nie mam siły dalej walczyć, ale bywa też tak, że dostaję przypływu nadziei, że będzie lepiej. Nie wiem, dlaczego zachorowałam i dlaczego muszę znosić tyle bólu. Początkowo byłam wściekła na cały świat i nie godziłam się z tym, że dotknęło to akurat mnie, ale z czasem moje nastawienie się zmieniło. Myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny i to, że zachorowałam ja i akurat w takim momencie życia, ma znaczenie. Wierzę, że to ma sens, tylko może jeszcze nie jestem w stanie go zrozumieć. Czasem myślę, że Bóg wyłączył mnie z dotychczasowego życia, żeby mi dać czas na zrozumienie, co w nim jest dla mnie najważniejsze. I może chciał mi pokazać moją siłę, ile bólu jestem w stanie wytrzymać i jak bardzo potrafię walczyć, żebym już nigdy nie myślała, że jestem słaba. Próbuję znaleźć ten sens i uważnie przyglądać się temu, co mnie spotyka.
Może nie pokażę w najbliższym czasie jakichś wyjątkowych, uszytych dzieł, bo jeszcze nie mogę siedzieć przy maszynie, ale pokażę inne rzeczy, które robię. W poniedziałek upiekłam pierwszy w życiu chleb na zakwasie i bardzo się tym sukcesem cieszę. Kosztowało mnie to sporo energii, ale dałam radę. Dziś upiekłam dwa kolejne, jeden pewnie zamrożę na później. Piekę chleb, żeby nie zwariować. Pilnuję, czy zakwas pracuje, czy ciasto wyrasta na blaszce i czy się rumieni. Wypełniam myśli chlebem, żeby nie myśleć o chorobie i beznadziei. A później spoglądam, jak stygnie na kracie i wdycham jego zapach. I cieszy mnie mój dom, w którym pachnie chlebem.
Dziękuję Wam, że przez ten cały czas, w którym się nie odzywałam, zaglądaliście do mnie, odwiedzaliście. Cieszę się, że jesteście:)
13.02.2014
Wiosenne porządki
Wiecie, co? Mam ostatnio fazę na sprzątanie. Sprzątam w swoim życiu, sprzątam w szafach, w całym mieszkaniu, nawet na blogu. Znalazłam właśnie 2 dawno napisane posty, których nie wiem czemu nie opublikowałam. Zazwyczaj nie kończę czegoś, gdy zadzwoni telefon. Zajmę sie innymi tematami i już nie pamiętam, co przed chwilą chciałam zrobić. Nie wiem, czy wtedy zadzwonił. Może tak, a może szukam wymówki, żeby nie stwierdzić, że jestem bałaganiarz i czasami nie ogarniam...
Fajnie, że jest jaśniej, nie? Cieszę się tym, jak dziecko:) Tak mi potrzeba światła i pozytywnej energii...
Gorąco Was pozdrawiam i życzę samych miłych chwil:)
Fajnie, że jest jaśniej, nie? Cieszę się tym, jak dziecko:) Tak mi potrzeba światła i pozytywnej energii...
Gorąco Was pozdrawiam i życzę samych miłych chwil:)
21.01.2014
Stłuczka
Ale mnie długo nie było... ciuś, ciuś;)
Końcówka roku okazała się bardzo przykra i odszedł człowiek, który zdążył stać się mi bliski. I nadal trudno jest mi się z tym pogodzić. Najtrudniej chyba z tym, że człowiek odchodzi, a świat kręci się dalej, jakby niczego nie zauważył, jakby nic się nie stało. Smutne to bardzo. I trzeba nadal rano wstawać, ubierać skarpety, jeść owsiankę i wiedzieć, że już nigdy się nawet nie wypije razem herbaty, ani nie pogada o kwiatach. No chyba, że w niebie, ale czy ja do niego trafię? I czy w niebie jest herbata i czy kogoś interesują tam jeszcze kwiaty? Chyba nie. Jak to się mówi: "Trzeba się z tym pogodzić". A ja tak nie lubię, jak trzeba się z czymś pogodzić, bo to musi być zawsze coś niefajnego. I nie lubię czuć się bezsilna wobec tego, co się dzieje.
Żeby nie było tak smutno, powiem, że wprawdzie od początku roku nie udało mi się usiąść do maszyny, ale mam naszykowaną całą kupkę rzeczy do przeróbek. Nie wiem, czy zabrzmiało to optymistycznie, jednak spoglądając na tę kupkę cieszę się, że coś się dzieje. Posprzątałam nawet stolik, przy którym szyję, więc już jestem blisko;)
A dzisiaj, jadąc do pracy, miałam pierwszą w życiu stłuczkę. I odkąd jeżdżę (od maja) zastanawiałam się, jak to będzie, jak tę stłuczkę będę mieć, jakie to uczucie. I stwierdzam, że bardzo niefajne. A kolega mi mówił: "Będziesz się bać stłuczki, dopóki jej nie będziesz mieć. Po pierwszej zobaczysz, że to nic strasznego i się już nie będziesz przejmować." To ja mam chyba odwrotnie.
Jadę sobie jadę, nieziemsko ślisko, więc jadę powoli. Nagle światło zmienia się na żółte i samochód przede mną, będący tuż przy świetle, gwałtownie hamuje. No to ja nie mam wyjścia i też hamuję. A że jest ślisko, to jadę na tych zahamowanych kołach zamiast stanąć i oczywiście uderzam w tego, który stanął jak wryty na widok żółtego. No i w tym momencie myślę sobie: "No to teraz mam pierwszą w życiu stłuczkę. I muszę wysiąść, chociaż wcale na to nie mam ochoty. I żeby tylko nie siedział tam za kierownicą jakiś wściekły facet, który wpadnie w furię, że baba w niego wjechała." A naoglądałam się filmów, jak to jeden wjeżdża w drugiego, a tamten wychodzi z bejsbolem, łysy i cały w tatuażach. Na co dzień nic do tatuaży nie mam, ale w takich chwilach biorą górę emocje i stereotypy. No i wysiadam na drżących nogach i patrzę, kto będzie szedł. A z samochodu wytacza się mały, okrągły Pan Kuleczka, uśmiechnięty i zadowolony z tego, że właśnie go stuknęłam. Ja zdziwiona, ale przepraszam i przepraszam, nie zwracając uwagi na jego zadowolenie. A on się nadal uśmiecha jakbym mu właśnie dała prezent. Popatrzył na swój samochód, popatrzył na mój i mówi: "Łe, pani ma gorzej". Hmm, biorąc pod uwagę fakt, że u niego nie powstała nawet rysa, a u mnie pojawiła się dziura w zderzaku i pogięła się tablica, to rzeczywiście miałam gorzej. I on mówi, że nie ma sprawy i że możemy jechać (każde w swoją stronę oczywiście). I wtedy nie wiadomo skąd napatoczyła się policja (szczęście trzeba mieć!) Akurat musieli tamtędy przejeżdżać. Akurat tego dnia i tą ulicą, na której ja robię pierwszą w życiu stłuczkę. Ale Pan Kuleczka ich skutecznie odgonił, machając przy ty, ręką i tłumacząc z uśmiechem od ucha do ucha, że nic się nie stało i my już jedziemy. No to wsiadłam do samochodu, poryczałam się oczywiście po drodze ze stresu i nagle tak mnie rozbolał ząb, że zobaczyłam wszystkie gwiazdy. I myślę sobie, czy ten dzień się chociaż dobrze skończy?
Końcówka roku okazała się bardzo przykra i odszedł człowiek, który zdążył stać się mi bliski. I nadal trudno jest mi się z tym pogodzić. Najtrudniej chyba z tym, że człowiek odchodzi, a świat kręci się dalej, jakby niczego nie zauważył, jakby nic się nie stało. Smutne to bardzo. I trzeba nadal rano wstawać, ubierać skarpety, jeść owsiankę i wiedzieć, że już nigdy się nawet nie wypije razem herbaty, ani nie pogada o kwiatach. No chyba, że w niebie, ale czy ja do niego trafię? I czy w niebie jest herbata i czy kogoś interesują tam jeszcze kwiaty? Chyba nie. Jak to się mówi: "Trzeba się z tym pogodzić". A ja tak nie lubię, jak trzeba się z czymś pogodzić, bo to musi być zawsze coś niefajnego. I nie lubię czuć się bezsilna wobec tego, co się dzieje.
Żeby nie było tak smutno, powiem, że wprawdzie od początku roku nie udało mi się usiąść do maszyny, ale mam naszykowaną całą kupkę rzeczy do przeróbek. Nie wiem, czy zabrzmiało to optymistycznie, jednak spoglądając na tę kupkę cieszę się, że coś się dzieje. Posprzątałam nawet stolik, przy którym szyję, więc już jestem blisko;)
A dzisiaj, jadąc do pracy, miałam pierwszą w życiu stłuczkę. I odkąd jeżdżę (od maja) zastanawiałam się, jak to będzie, jak tę stłuczkę będę mieć, jakie to uczucie. I stwierdzam, że bardzo niefajne. A kolega mi mówił: "Będziesz się bać stłuczki, dopóki jej nie będziesz mieć. Po pierwszej zobaczysz, że to nic strasznego i się już nie będziesz przejmować." To ja mam chyba odwrotnie.
Jadę sobie jadę, nieziemsko ślisko, więc jadę powoli. Nagle światło zmienia się na żółte i samochód przede mną, będący tuż przy świetle, gwałtownie hamuje. No to ja nie mam wyjścia i też hamuję. A że jest ślisko, to jadę na tych zahamowanych kołach zamiast stanąć i oczywiście uderzam w tego, który stanął jak wryty na widok żółtego. No i w tym momencie myślę sobie: "No to teraz mam pierwszą w życiu stłuczkę. I muszę wysiąść, chociaż wcale na to nie mam ochoty. I żeby tylko nie siedział tam za kierownicą jakiś wściekły facet, który wpadnie w furię, że baba w niego wjechała." A naoglądałam się filmów, jak to jeden wjeżdża w drugiego, a tamten wychodzi z bejsbolem, łysy i cały w tatuażach. Na co dzień nic do tatuaży nie mam, ale w takich chwilach biorą górę emocje i stereotypy. No i wysiadam na drżących nogach i patrzę, kto będzie szedł. A z samochodu wytacza się mały, okrągły Pan Kuleczka, uśmiechnięty i zadowolony z tego, że właśnie go stuknęłam. Ja zdziwiona, ale przepraszam i przepraszam, nie zwracając uwagi na jego zadowolenie. A on się nadal uśmiecha jakbym mu właśnie dała prezent. Popatrzył na swój samochód, popatrzył na mój i mówi: "Łe, pani ma gorzej". Hmm, biorąc pod uwagę fakt, że u niego nie powstała nawet rysa, a u mnie pojawiła się dziura w zderzaku i pogięła się tablica, to rzeczywiście miałam gorzej. I on mówi, że nie ma sprawy i że możemy jechać (każde w swoją stronę oczywiście). I wtedy nie wiadomo skąd napatoczyła się policja (szczęście trzeba mieć!) Akurat musieli tamtędy przejeżdżać. Akurat tego dnia i tą ulicą, na której ja robię pierwszą w życiu stłuczkę. Ale Pan Kuleczka ich skutecznie odgonił, machając przy ty, ręką i tłumacząc z uśmiechem od ucha do ucha, że nic się nie stało i my już jedziemy. No to wsiadłam do samochodu, poryczałam się oczywiście po drodze ze stresu i nagle tak mnie rozbolał ząb, że zobaczyłam wszystkie gwiazdy. I myślę sobie, czy ten dzień się chociaż dobrze skończy?
8.01.2014
Kilka słów o normalności
Nie wyrobiłam się z życzeniami bożonarodzeniowymi, to przynajmniej złożę Wam życzenia na nowy rok:) Życzę Wam, Kochani, żeby w tym roku spotykały Was same dobre i miłe rzeczy, żebyście znajdowali czas na to, co lubicie, żebyście czuli się szczęśliwi i byli kochani. I żeby nie odszedł nikt z osób Wam bliskich. Żebyście zdążyli się nim nacieszyć. Składam Wam życzenia od serca, bez Mikołaja w kominie, czy kiełbasy na drabinie, bo im jestem starsza, tym bardziej widzę to, że życie to nie bajka. Myślę, że był to trudny rok i dużo się wydarzyło, ale chyba poprzez trudne doświadczenia człowiek najwięcej się uczy.
Szczęśliwego całego roku! :)
Szczęśliwego całego roku! :)
5.12.2013
Odkrycie, którego wolałabym wcale nie odkrywać...
Co tu dużo mówić, zima idzie, zwierzęta zmieniają futra na zimowe, samochody zmieniają opony na zimowe a ludzie? Ludzie zmieniają warstwę tłuszczu na zimową. Niestety, taka zimowa natura i nic tu człowieku nie poradzisz. Pomyślałam jednak, że ja zmienię moją zimową naturę i właśnie będę się ruszać na świeżym powietrzu i spalać kalorie. Pomyślałam, że rzucę wyzwanie naturze i stanę do walki. I co? Wyszłam na kijki, przeszłam cztery kilometry, po czym się rozchorowałam i wylądowałam na L4. Taki ze mnie cherlak. Tak oto zawojowałam, że trzeba było leżeć przez kilka dni w łóżku. Już jestem zdrowa, ale z wiernym katarem, który za żadne skarby nie chce mnie opuścić. Wyszukuję w sieci i w pamięci sposobów na podniesienie odporności, jem rzeczy, które wyglądają tak, że sama siebie muszę przekonywać, że są smaczne i liczę na to, że w końcu przestanę się przeziębiać. Jeśli macie sprawdzone sposoby na wzmocnienie, to chętnie przyjmę Wasze rady.
27.11.2013
Takie to właśnie umiem robić niespodzianki
Dzień dobry:)
wygląda jakby mnie tu wcale nie było, ale ja jestem, myślami. W myślach to tak szyję, że nici fruwają i iskry lecą spod maszyny. A w rzeczywistości zajmuję się wszystkim innym. Trochę skurodomowiałam, więcej gotuję, zmywam, piorę, prasuję i sprzątam. Chyba godzę się powoli z tym, że samo się nie zrobi i nie mogę udawać, że tego nie widzę. Wymyśliłam mnóstwo fajnych rzeczy na prezenty gwiazdkowe i żyję nadzieją, że uda mi się je zrealizować. Ważne, że wiem, co chcę dać. To już pierwszy krok do sukcesu. Ale więcej nie powiem, bo a nóż znowu Mama zajrzy przy kawie, żeby zobaczyć, co tam córka ostatnio uszyła i wszystko się wyda. Pamiętacie, jak ostatnio przeżywałam, że jadę na weekend do rodziców i mam niespodziankę - pokrowce na taborety i że się zastanawiam, czy się domownikom materiał spodoba? No to wchodzę do domu, jeszcze kurtki nie zdjęłam, jeszcze w butach stoję i z torebką w ręku, a tu otwierają się drzwi od kuchni i Mama mówi: "Sylwuś, bardzo mi się podobają, bardzo, są przepiękne!" Ja oczywiście nie załapałam, że Mama była na blogu, więc pytam, o co chodzi. A Mama zdziwiona: "Jak to? No pokrowce!" Tak to mi się właśnie niespodzianka udała. Ale muszę Wam powiedzieć, że jak założyłam je na taborety, to naprawdę byłam z siebie dumna. Forma idealnie leży, a wzór pięknie komponuje się z kolorami mebli, podłogi, zasłon i ścian. Czyli właściwie ze wszystkim. Rzadko jestem tak zadowolona z tego, co uszyję, dlatego tak się nimi cieszę. Zdjęcia wstawię, tylko oczywiście nie wiem, kiedy.
Bardzo mi miło, że ze mną jesteście, mimo moich długich nieobecności. I serdecznie witam nowych gości. Kawy? Herbaty? Może coś mocniejszego?;) Usiądźcie i rozgośćcie się:)
wygląda jakby mnie tu wcale nie było, ale ja jestem, myślami. W myślach to tak szyję, że nici fruwają i iskry lecą spod maszyny. A w rzeczywistości zajmuję się wszystkim innym. Trochę skurodomowiałam, więcej gotuję, zmywam, piorę, prasuję i sprzątam. Chyba godzę się powoli z tym, że samo się nie zrobi i nie mogę udawać, że tego nie widzę. Wymyśliłam mnóstwo fajnych rzeczy na prezenty gwiazdkowe i żyję nadzieją, że uda mi się je zrealizować. Ważne, że wiem, co chcę dać. To już pierwszy krok do sukcesu. Ale więcej nie powiem, bo a nóż znowu Mama zajrzy przy kawie, żeby zobaczyć, co tam córka ostatnio uszyła i wszystko się wyda. Pamiętacie, jak ostatnio przeżywałam, że jadę na weekend do rodziców i mam niespodziankę - pokrowce na taborety i że się zastanawiam, czy się domownikom materiał spodoba? No to wchodzę do domu, jeszcze kurtki nie zdjęłam, jeszcze w butach stoję i z torebką w ręku, a tu otwierają się drzwi od kuchni i Mama mówi: "Sylwuś, bardzo mi się podobają, bardzo, są przepiękne!" Ja oczywiście nie załapałam, że Mama była na blogu, więc pytam, o co chodzi. A Mama zdziwiona: "Jak to? No pokrowce!" Tak to mi się właśnie niespodzianka udała. Ale muszę Wam powiedzieć, że jak założyłam je na taborety, to naprawdę byłam z siebie dumna. Forma idealnie leży, a wzór pięknie komponuje się z kolorami mebli, podłogi, zasłon i ścian. Czyli właściwie ze wszystkim. Rzadko jestem tak zadowolona z tego, co uszyję, dlatego tak się nimi cieszę. Zdjęcia wstawię, tylko oczywiście nie wiem, kiedy.
Bardzo mi miło, że ze mną jesteście, mimo moich długich nieobecności. I serdecznie witam nowych gości. Kawy? Herbaty? Może coś mocniejszego?;) Usiądźcie i rozgośćcie się:)
25.10.2013
Jesiennie i domowo
Ja to widzę tak, że jeśli nie będę robiła wszystkiego na raty, to nie zrobię nic. Bo zacznę i później nie wystarcza mi sił, żeby skończyć. Już się przekonałam. Tak jest i z szyciem i z gotowaniem i ze sprzątaniem. Codziennie robię jeden etap i dzięki temu posuwam się naprzód. I z pisaniem bloga też będę chyba musiała tak zrobić. Bo prawie nigdy nie mam tyle czasu i sił, żeby usiąść i napisać wszystko od początku do końca, wkleić zdjęcia i sprawdzić, czy wszystko ma ręce i nogi. Dlatego doszłam do wniosku, że najpierw będę pisać - pierwsza rata, a później będę wklejać zdjęcia - druga rata. Sprawdzanie rąk i nóg sobie odpuszczę i nie potraktuję go jako trzeciej raty, tylko dokleję do drugiej. No to piszę:
Byłam w weekend w domu i niestety zaraz po powrocie się rozchorowałam i znów przeleżałam 3 dni, pocąc się jak szczur. Ale taki rasowy szczur pociciel, nie taki udawany. Trzy razy dziennie się przebierałam, aż mi piżam nie wytarczyło i trzeba było się pocić w tym, co zostało. W środę o godzinie 14:00 uroczyście ogłosiłam koniec chorowania, bo szczerze mówiąc, bolały mnie już kości od leżenia dzień i noc w łóżku. Ale przynajmniej naczytałam się książek do syta, na co nie mam na co dzień czasu. Czytać można, leżąc w łóżku, więc idealnie pasowało.
Dzieciaczki bardzo podrosły i bardzo się zmieniły. Są takie doroślejsze, o ile można tak w ogóle powiedzieć o dzieciach:) Wituś nie chce być już przez nikogo brany na ręce, tylko przez swoją mamę. Ja nie wiem, jak on to rozpoznaje, że siedzi u kogoś innego. Jak tylko go wezmę, to się wypręża z całych sił na wszystkie strony i najchętniej by uciekł (jakby mógł). Ale nie mógł, więc go pokojowo oddawałam jego mamie, co by uniknąć większej awantury. Dzielnie nosi pieluszkę, którą mu uszyłam i ma wielką frajdę z tych za długich rzepów, które specjalnie zostawiłam, żeby siostra przycięła na wymiar brzuszka. Jak się mu założy pieluszkę, to od razu zabiera się za te rzepy i próbuje je rozpracować. Ciągnie, szarpie, ale one się nie rozpinają. I tak walczy, aż się zmęczy. No tego bym nie przewidziała. Dzieci chyba w ogóle są nieprzewidywalne. I do tego wyszły mu na dole dwa zęby!!! Taka niespodzianka:) Na razie tylko przebiły się przez dziąsła i widać dwie białe plamki, ale już są:)
A spódniczka dla Lilki okazała się dużo za duża. Tak czułam, że siostra jakoś krzywo zmierzyła, bo jakoś mi nie pasowało, żeby takie małe dziecko miało taki obwód pasa. No ale zdałam się na jej pomiary i dzięki temu Lilka będzie miała spódniczkę na lato w przyszłym roku:) A jaka ona kochana, taka śliczna i dziewczęca. I tak dużo mówi. Najbardziej się rozgaduje, jak ktoś coś opowiada. Trochę jakby chciała go naśladować. Tak śmiesznie to wygląda:)
Pokrowce na taborety bardzo się mamie spodobały i bardzo się z nich ucieszyła. Właściwie to podobały się wszystkim i stwierdzili, że idealnie pasują do kuchni. Zdjęcia oczywiście zrobiłam, ale czekają jeszcze cierpliwie w aparacie, aż je ściągnę i załaduję na bloga. A z tym może być na razie problem, bo popsuł mi się komputer i prawie nie reaguje na to, co się od niego chce. Jest już bardzo stary i wysłużony, wiele razy był formatowany i chyba trzeba będzie kupić nowy. A tyle razem prześliśmy, tyle lat, całe studia, tyle prac na nim napisałam, w tym licencjat i magisterkę. Szkoda mi się z nim rozstawać i ciągle daję mu ostatnią szansę. Tylko od jakiegoś czasu przestał je wykorzystywać:) Biedaczek.
A od rodziców dostałam pyszne soki, dżemy, jajka, wino domowej roboty i pół wielkiej dyni. Wydrukowałam sobie wczoraj chyba z sześć różnych przepisów na zupę dyniową i myślałam, że mi tej dyni wystarczy, żeby wypróbować wszystkie. A tu się okazało, że pół dyni poszło do zupy. Mogłam jednak wziąć całą, ale kto by pomyślał, że tak będzie. Pierwszy raz gotowałam dyniową zupę. Teraz będę wiedziała, ile brać;) A ta dynia taka piękna, że nie mogłam się na nią napatrzeć. Aż szkoda było kroić. Taka pięknie pomarańczowa, naturalna, zdrowa, złoto jesieni. Dzisiaj zjem ją na obiad:)
Życzę Wam miłego piątku! Piątki to takie fajne dni:) Jak ja się jutro wyśpię...:)))
Gorąco Was pozdrawiam i nie dajcie się żadnym chorobom!
:)
Byłam w weekend w domu i niestety zaraz po powrocie się rozchorowałam i znów przeleżałam 3 dni, pocąc się jak szczur. Ale taki rasowy szczur pociciel, nie taki udawany. Trzy razy dziennie się przebierałam, aż mi piżam nie wytarczyło i trzeba było się pocić w tym, co zostało. W środę o godzinie 14:00 uroczyście ogłosiłam koniec chorowania, bo szczerze mówiąc, bolały mnie już kości od leżenia dzień i noc w łóżku. Ale przynajmniej naczytałam się książek do syta, na co nie mam na co dzień czasu. Czytać można, leżąc w łóżku, więc idealnie pasowało.
Dzieciaczki bardzo podrosły i bardzo się zmieniły. Są takie doroślejsze, o ile można tak w ogóle powiedzieć o dzieciach:) Wituś nie chce być już przez nikogo brany na ręce, tylko przez swoją mamę. Ja nie wiem, jak on to rozpoznaje, że siedzi u kogoś innego. Jak tylko go wezmę, to się wypręża z całych sił na wszystkie strony i najchętniej by uciekł (jakby mógł). Ale nie mógł, więc go pokojowo oddawałam jego mamie, co by uniknąć większej awantury. Dzielnie nosi pieluszkę, którą mu uszyłam i ma wielką frajdę z tych za długich rzepów, które specjalnie zostawiłam, żeby siostra przycięła na wymiar brzuszka. Jak się mu założy pieluszkę, to od razu zabiera się za te rzepy i próbuje je rozpracować. Ciągnie, szarpie, ale one się nie rozpinają. I tak walczy, aż się zmęczy. No tego bym nie przewidziała. Dzieci chyba w ogóle są nieprzewidywalne. I do tego wyszły mu na dole dwa zęby!!! Taka niespodzianka:) Na razie tylko przebiły się przez dziąsła i widać dwie białe plamki, ale już są:)
A spódniczka dla Lilki okazała się dużo za duża. Tak czułam, że siostra jakoś krzywo zmierzyła, bo jakoś mi nie pasowało, żeby takie małe dziecko miało taki obwód pasa. No ale zdałam się na jej pomiary i dzięki temu Lilka będzie miała spódniczkę na lato w przyszłym roku:) A jaka ona kochana, taka śliczna i dziewczęca. I tak dużo mówi. Najbardziej się rozgaduje, jak ktoś coś opowiada. Trochę jakby chciała go naśladować. Tak śmiesznie to wygląda:)
Pokrowce na taborety bardzo się mamie spodobały i bardzo się z nich ucieszyła. Właściwie to podobały się wszystkim i stwierdzili, że idealnie pasują do kuchni. Zdjęcia oczywiście zrobiłam, ale czekają jeszcze cierpliwie w aparacie, aż je ściągnę i załaduję na bloga. A z tym może być na razie problem, bo popsuł mi się komputer i prawie nie reaguje na to, co się od niego chce. Jest już bardzo stary i wysłużony, wiele razy był formatowany i chyba trzeba będzie kupić nowy. A tyle razem prześliśmy, tyle lat, całe studia, tyle prac na nim napisałam, w tym licencjat i magisterkę. Szkoda mi się z nim rozstawać i ciągle daję mu ostatnią szansę. Tylko od jakiegoś czasu przestał je wykorzystywać:) Biedaczek.
A od rodziców dostałam pyszne soki, dżemy, jajka, wino domowej roboty i pół wielkiej dyni. Wydrukowałam sobie wczoraj chyba z sześć różnych przepisów na zupę dyniową i myślałam, że mi tej dyni wystarczy, żeby wypróbować wszystkie. A tu się okazało, że pół dyni poszło do zupy. Mogłam jednak wziąć całą, ale kto by pomyślał, że tak będzie. Pierwszy raz gotowałam dyniową zupę. Teraz będę wiedziała, ile brać;) A ta dynia taka piękna, że nie mogłam się na nią napatrzeć. Aż szkoda było kroić. Taka pięknie pomarańczowa, naturalna, zdrowa, złoto jesieni. Dzisiaj zjem ją na obiad:)
Życzę Wam miłego piątku! Piątki to takie fajne dni:) Jak ja się jutro wyśpię...:)))
Gorąco Was pozdrawiam i nie dajcie się żadnym chorobom!
:)
20.09.2013
Pod kołdrą
Wreszcie przyszedł piątek, a ja się rozchorowałam:( Zatoki zawalone, głowa pęka, nos czerwony jak u renifera Rudolfa. Jestem w domu i się wygrzewam. Rozpaliłam w kominku (zapachowym) i wdycham olejek eukaliptusowy w nadziei, że przegoni katar. Tak bym sobie poszyła, ale słaba jestem i nie wysiedzę. Zaczęłam więc oglądać zdjęcia dla poprawy nastroju i znalazłam kilka z połowy sierpnia, z odwiedzin Lilki. Pojechaliśmy do zoo, żeby spędzić miło czas, a Lilka całą wyprawę przespała, więc pewnie nie uwierzy, jak jej powiemy, że tam była:) Lilka miała wtedy 2 miesiące. Ciekawa jestem, czy takie małe dziecko (gdyby nie spało) miałoby z takiej wyprawy jakąś radochę, czy raczej męczyłoby się i czekało na koniec. Bo dorośli to wiadomo, wszystko rozumieją, zaglądają, podziwiają i cieszą się. A jak to odbiera takie małe dziecko? Nie wiem...
Chcę Wam pokazać kilka zdjęć z naszej wycieczki i przyznać, że za każdym razem, jak jestem w zoo, to cieszę się jak małe dziecko. Jak byłam mała, to mieszkałam w bardzo małej miejscowości, nie mieliśmy samochodu i nie było możliwości pojechania do zoo. I dlatego teraz, jako stary koń jeżdżę, kiedy tylko mam okazję. Strasznie mnie to cieszy:)
Zoo, w którym byliśmy, jest w Mostkach niedaleko Świebodzina. Jeśli będziecie mieli okazję, to gorąco polecam to miejsce. A tu kilka zwierząt, które zrobiło na mnie największe wrażenie:
Biały jeleń (który od razu skojarzył mi się z moim ulubionym mydłem do rąk) był niespotykanie spokojny i stał jak posąg. Ruszał tylko na boki głową. A poroże było pokryte jakby zamszem. Niesamowity widok i aż chciało się tego poroża dotknąć, pogłaskać, pomacać, czy gładkie. Było przepiękne, sami zobaczcie:
A to szkockie włochate krowy, które wyglądają jak krzyżówka spaniela ze świnką morską. Trochę jak takie wielkie maskotki, nie? Niesamowite, że mają takie długie włosy. Moja babcia miała krowę, więc sam widok krowy nie robi na mnie wrażenia, ale babcia miała czarno-białą krowę i jakby to powiedzieć bez futra;)
A tu kozica, której rogi wyglądały jak dwa karbowane pręty:
I mój ulubieniec - zebroid, czyli krzyżówka konia z zebrą. Pocieszny, prawda? Na stałe ma ubrane skarpety w paski;)
A na zakończenie przesyłam Wam piękną sierpniową tęczę, żebyście byli zdrowi i mogli hasać po dworze i żeby choroby omijały Was szerokim łukiem!
Chcę Wam pokazać kilka zdjęć z naszej wycieczki i przyznać, że za każdym razem, jak jestem w zoo, to cieszę się jak małe dziecko. Jak byłam mała, to mieszkałam w bardzo małej miejscowości, nie mieliśmy samochodu i nie było możliwości pojechania do zoo. I dlatego teraz, jako stary koń jeżdżę, kiedy tylko mam okazję. Strasznie mnie to cieszy:)
Zoo, w którym byliśmy, jest w Mostkach niedaleko Świebodzina. Jeśli będziecie mieli okazję, to gorąco polecam to miejsce. A tu kilka zwierząt, które zrobiło na mnie największe wrażenie:
Biały jeleń (który od razu skojarzył mi się z moim ulubionym mydłem do rąk) był niespotykanie spokojny i stał jak posąg. Ruszał tylko na boki głową. A poroże było pokryte jakby zamszem. Niesamowity widok i aż chciało się tego poroża dotknąć, pogłaskać, pomacać, czy gładkie. Było przepiękne, sami zobaczcie:
A to szkockie włochate krowy, które wyglądają jak krzyżówka spaniela ze świnką morską. Trochę jak takie wielkie maskotki, nie? Niesamowite, że mają takie długie włosy. Moja babcia miała krowę, więc sam widok krowy nie robi na mnie wrażenia, ale babcia miała czarno-białą krowę i jakby to powiedzieć bez futra;)
I mój ulubieniec - zebroid, czyli krzyżówka konia z zebrą. Pocieszny, prawda? Na stałe ma ubrane skarpety w paski;)
A na zakończenie przesyłam Wam piękną sierpniową tęczę, żebyście byli zdrowi i mogli hasać po dworze i żeby choroby omijały Was szerokim łukiem!
Miłego piątku:)
18.09.2013
Serwetki
Chciałabym Wam pokazać serwetki, które udało mi się upolować jakiś miesiąc temu. Jedna jest troszkę podniszczona na rogach, ale haft tak bardzo mi się podobał, że nie mogłam się im oprzeć. Moim marzeniem jest posiadanie dużego kuchennego stołu, na którym wszystko by się mieściło, a przede wszystkim koszyczek z serwetką i chlebem. I myślę, że te serwetki idealnie pasują do mojej wizji. Tak bardzo podoba mi się haft krzyżykowy. Ciekawe, kto je wyhaftował:)
Gorąco Was pozdrawiam:)
Gorąco Was pozdrawiam:)
17.09.2013
Kartki i wycinanki
Poszłam do Empiku po kartkę na chrzciny Lilki i co kupiłam? Świecznik ceramiczny, papierki do muffinów, książkę o robieniu kartek i w końcu samą kartkę.
I zaczynam się zastanawiać, na ile moje zakupy pokrywają się z moimi rzeczywistymi potrzebami. Bo na przykład taki świecznik, jest przepiękny, aż miło na niego popatrzeć, ale w domu mam już 2 inne... Czy muszę mieć trzeci tylko dlatego, że jest piękny?Albo papierki do muffinów? Różowe w białe kropeczki, przepiękne, słodkie papierki, do tego przecenione. Ale kiedy ostatnio piekłam muffiny? Ledwo znajduję czas na szycie, a co dopiero na pieczenie. Czy ja się nie łudzę, że je upiekę, bo mam papierki? A książka o robieniu kartek? Kilka lat temu kupiłam papier, dziurkacze, stemple itp. z zamiarem rozpoczęcia domowej produkcji na potrzeby własne. I ile kartek zrobiłam od tamtej pory? Dwie. I to jeszcze namordowałam się, bo nie miałam pomysłu, jak to wszystko ze sobą połączyć, żeby było ładnie i nie pstrokato. Obejrzałam książkę, tam jest mnóstwo pomysłów, ale czy znajdę czas, żeby do tych kartek usiąść? Wychodziłam ze sklepu zadowolona, a zanim dojechałam do domu, tyle myśli przebiegło przez moją głowę, że zwątpiłam, czy dobrze zrobiłam.
Sama książka jest super i można zrobić śliczne kartki. Tylko trzeba usiąść i zacząć robić...
Pokażę Wam okładkę i spis treści, być może kogoś zainteresuje:
Ta kartka najbardziej mi się podoba. Można zrobić taki kartkowy tort i wysłać np. przyjacielowi, który bardzo daleko mieszka. To prawie tak, jakby się z nim zjadło torta przy stole;)
I zaczynam się zastanawiać, na ile moje zakupy pokrywają się z moimi rzeczywistymi potrzebami. Bo na przykład taki świecznik, jest przepiękny, aż miło na niego popatrzeć, ale w domu mam już 2 inne... Czy muszę mieć trzeci tylko dlatego, że jest piękny?Albo papierki do muffinów? Różowe w białe kropeczki, przepiękne, słodkie papierki, do tego przecenione. Ale kiedy ostatnio piekłam muffiny? Ledwo znajduję czas na szycie, a co dopiero na pieczenie. Czy ja się nie łudzę, że je upiekę, bo mam papierki? A książka o robieniu kartek? Kilka lat temu kupiłam papier, dziurkacze, stemple itp. z zamiarem rozpoczęcia domowej produkcji na potrzeby własne. I ile kartek zrobiłam od tamtej pory? Dwie. I to jeszcze namordowałam się, bo nie miałam pomysłu, jak to wszystko ze sobą połączyć, żeby było ładnie i nie pstrokato. Obejrzałam książkę, tam jest mnóstwo pomysłów, ale czy znajdę czas, żeby do tych kartek usiąść? Wychodziłam ze sklepu zadowolona, a zanim dojechałam do domu, tyle myśli przebiegło przez moją głowę, że zwątpiłam, czy dobrze zrobiłam.
Sama książka jest super i można zrobić śliczne kartki. Tylko trzeba usiąść i zacząć robić...
Pokażę Wam okładkę i spis treści, być może kogoś zainteresuje:
Ta kartka najbardziej mi się podoba. Można zrobić taki kartkowy tort i wysłać np. przyjacielowi, który bardzo daleko mieszka. To prawie tak, jakby się z nim zjadło torta przy stole;)
Gorąco Was pozdrawiam!
12.09.2013
Bo najważniejsze na imprezie jest...?
Kochani!
tyle się wydarzyło, że nie wiem, od czego zaczynać. Jak to mówi moja Babcia, najlepiej od początku;)
Jest mi bardzo miło, że grono obserwatorów bloga się powiększa i już nawet postanowiłam sobie, że jak licznik osiągnie magiczną setkę, to zrobię takie candy, że mi szczęka opadnie z zapracowania, bo zaplanowałam bardzo fajną, ale bardzo pracochłonną niespodziankę. Zaczęłam już nawet realizację, bo zanim skończę, minie trochę czasu;)
Chcę Wam pokazać szatkę, którą kupiłam dla mojej Chrześnicy, Leny. Tak strasznie mi się spodobała, taka prosta, a jednocześnie elegancka. Zrobiłam zdjęcie, ale było dość ciemno i nie widać jej uroku. Wierzcie mi, że na żywo była 100 razy piękniejsza. No i zdjęcie się nie chce dać obrócić. Chyba zrobiłam je jakoś nie tak. A może przez to, że telefonem?
W każdym razie chrzciny Leny i jej kuzyna Witka były 31. sierpnia i było bardzo miło. A ja jak Demolka - co najlepiej pamiętam z imprezy? "Placiek":) Bo babcia się postarała i taki jej sernik wyszedł, że chyba nigdy go nie zapomnę. Z wierzchu lekko chrupiąca, cienka, krucha warstwa brązowawego ciasta, tartego na dużych oczkach i tworzącego bardzo ciekawą, nierówną strukturę, a pod nią istny raj! Puszysty, mięciutki, rozpływający się w ustach ser z kawałkami brzoskwiń. Przyjemność dla oka i uczta smaku. Jadłam ten rajski placiek i myślałam o Demolce, że właściwie to ona ma rację, bo rzeczywiście tak jest, że jak jedzenie na imprezie smakuje i jest go odpowiednia ilość, to całość wspomina się jako udaną. A jak nie smakuje, albo jest go tyle, co kot napłakał, to człowiek siedzi głodny, czyli zły i po latach to pamięta. Nie jest tak? Jak myślę o jakiejkolwiek imprezie, to czasem nie pamiętam wszystkich, którzy na niej byli, ale jedzenia nie zapomnę;)
Gorąco Was pozdrawiam i życzę Wam duużo ciepłego słońca!
magnolienrinde
tyle się wydarzyło, że nie wiem, od czego zaczynać. Jak to mówi moja Babcia, najlepiej od początku;)
Jest mi bardzo miło, że grono obserwatorów bloga się powiększa i już nawet postanowiłam sobie, że jak licznik osiągnie magiczną setkę, to zrobię takie candy, że mi szczęka opadnie z zapracowania, bo zaplanowałam bardzo fajną, ale bardzo pracochłonną niespodziankę. Zaczęłam już nawet realizację, bo zanim skończę, minie trochę czasu;)
Chcę Wam pokazać szatkę, którą kupiłam dla mojej Chrześnicy, Leny. Tak strasznie mi się spodobała, taka prosta, a jednocześnie elegancka. Zrobiłam zdjęcie, ale było dość ciemno i nie widać jej uroku. Wierzcie mi, że na żywo była 100 razy piękniejsza. No i zdjęcie się nie chce dać obrócić. Chyba zrobiłam je jakoś nie tak. A może przez to, że telefonem?
W każdym razie chrzciny Leny i jej kuzyna Witka były 31. sierpnia i było bardzo miło. A ja jak Demolka - co najlepiej pamiętam z imprezy? "Placiek":) Bo babcia się postarała i taki jej sernik wyszedł, że chyba nigdy go nie zapomnę. Z wierzchu lekko chrupiąca, cienka, krucha warstwa brązowawego ciasta, tartego na dużych oczkach i tworzącego bardzo ciekawą, nierówną strukturę, a pod nią istny raj! Puszysty, mięciutki, rozpływający się w ustach ser z kawałkami brzoskwiń. Przyjemność dla oka i uczta smaku. Jadłam ten rajski placiek i myślałam o Demolce, że właściwie to ona ma rację, bo rzeczywiście tak jest, że jak jedzenie na imprezie smakuje i jest go odpowiednia ilość, to całość wspomina się jako udaną. A jak nie smakuje, albo jest go tyle, co kot napłakał, to człowiek siedzi głodny, czyli zły i po latach to pamięta. Nie jest tak? Jak myślę o jakiejkolwiek imprezie, to czasem nie pamiętam wszystkich, którzy na niej byli, ale jedzenia nie zapomnę;)
Gorąco Was pozdrawiam i życzę Wam duużo ciepłego słońca!
magnolienrinde
29.08.2013
Stary elementarz
A wszystko przez jedno, niby przypadkowe zdarzenie...
Idę sobie jakieś 2 tygodnie temu przez Stary Browar i widzę, że na parterze otworzyli jakąś księgarnię. A że ksiegarnie lubię i tej nigdy wcześniej nie widziałam, postanowiłam, że zajrzę. Oglądam, oglądam, a tu książki jakieś takie inne, "z dalekiego świata" ;), o jakich nigdy wcześniej nie słyszałam i jakich nie widziałam - baśnie duńskie, skandynawskie itp. Pomyślałam więc, że może znajdę coś oryginalnego dla moich bratanko-siostrzeńców.
Najpierw natknęłam się na niemiecką książkę o potworze Gruffalo, którą czytałam dzieciom w Niemczech i którą znałam już na pamięć, bo ją uwielbiały i trzeba było czytać kilka razy dziennie. Dobre tłumaczenie na polski, tekst tak samo zabawny:) A później trafiłam na tę, o której istnieniu dawno zapopmniałam - Elementarz, z którego jako dziecko uczyłam się czytać (i którego w zasadzie wtedy nienawidziłam, ale nie dlatego, że był nudny, tylko po prostu ciężko mi szło i smak porażki nie należał do moich ulubionych. Szybko się poddawałam i zniechęcałam, że mi nie wychodziło. W związku z tym omijałam go szerokim łukiem, ale tato skutecznie promień tego łuku skracał. Trzeba było ćwiczyć, nie rzadko przez łzy i jak nic nie rozumiałam, to chociaż sobie obrazki pooglądałam. Je rozumiałam;).
Ale jak wiadomo, czas leczy rany i elementarz już mi się źle nie kojarzy. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, wzięłam go do ręki i kartkuję. Nie uwierzycie, ale aż ścisnęło mnie w gardle. Ja te wszystkie ilustracje pamiętałam! Dziewczynki w fartuszkach szkolnych, w grubych brązowych rajtuzach i z lalkami w rękach, z warkoczykami i kokardami albo kozę przy wozie z kapustą. Uczucie, jakie trudno opisać, coś w rodzaju podróży w czasie albo spotkania z dawnym przyjacielem. Normalnie się wzruszyłam. Miałam ciarki na całym ciele, a serce biło mi jak szalone. I te czytanki! Napisane językiem, jakiego dawno już się nie używa. Pierwsza myśl: "Kupię ją i moje dzieci będą się z niej uczyć czytać!" Ale po chwili myślę sobie, że chyba nie wyszłoby im to na dobre, bo takim językiem się już nie mówi. Nawet imiona troszkę rzadziej spotykane. I pomyślałam o tym, jak będą wyglądały czytanki, kiedy moje dzieci bedą się uczyły czytania. Może o tym, że Max zapomniał naładować ajfona i rano go nie obudził budzik? Albo że ma ADHD i musi trenować sztuki walki, żeby rozładować napięcie. Albo że mu się popsuł kład, którego dostał na komunię? I tak stoję sobie z tym elementarzem i uśmiecham się sama do siebie. Tyle się zmieniło, a tak niewiele czasu minęło od mojego dzieciństwa. Zerkam jeszcze na cenę - 80 zł (co???!!! oszaleli chyba!) i bez wyrzutów sumienia odkładam książkę na półkę i wychodzę.
Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale po tym wydarzeniu coś się we mnie jakby otworzyło i zaczęły mi się przypominać taśmowo wręcz najróżniejsze książki z mojego dzieciństwa. Te, które uwielbiałam, które często oglądałam/ czytałam i o których jako dziecko rozmyślałam. I chodzę już drugi tydzień z tymi rozmyślaniami, a że umysł mam analityczny, doszłam w końcu do wniosku, że to, co czytałam, bądź było mi czytane w dzieciństwie, w ogromnym stopniu ukształtowało mnie i wpłynęło na to, kim teraz jestem. Wiadomo, człowiek zmienia się przez całe życie i wszystko, czego doświadcza, zostawia w nim jakiś ślad, ale te książki były pierwsze, z całej listy przeczytanych przeze mnie i może dlatego tak bardzo wryły się w pamięć. I postanowiłam przy okazji odwiedzin w rodzinnym domu poszukać ich i sobie na pamiatkę zeskanować. Wszystkich niestety nie udało się odgrzebać, pewnie są gdzieś w kartonach na strychu. Ale te, które znalazłam sprawiły mi tyle radości:))) Przez tyle lat o nich nie myślałam, a one czekały cierpliwie na właściwy moment, żeby sie przypomnieć:) Elementarz znalazłam! Po przejściach, z luźnymi kartkami i jak się okazało podpisany dziecięcym pismem przez brata mojej babci, czyli on też musiał się z niego uczyć czytać! :) A może nawet ktoś przed nim...
Fajne uczucie:)
Gorąco pozdrawiam! :*
13.08.2013
Wiadomość dnia, a raczej tygodnia!
Naprawiłam moją maszynę do szycia i znów mogę stanąć w szranki szyjących! Juhuuuuuu! Moja radość jest bezgraniczna:) Pewnie niedługo będę mogła pokazać Wam, co nowego uszyłam, zamiast opisywać różne historie. A lista czekających rzeczy jest długa...:)
9.08.2013
Jak tu się przeżegnać?
Siedzimy sobie w niedzielę w kościele i czekamy na rozpoczęcie mszy. Po chwili przychodzi kobieta z dzieckiem (może 2-letnim, może młodszym) i siada w ławce przed nami. Nachyla się do dziewczynki i szepcze jej do ucha (a że w kościele cicho, to wszystko słychać):
- Przeżegnaj się ładnie.
Dziewczynka wykonuje kilka tanecznych ruchów ręką, co oznacza, że właśnie się przeżegnała. No to mama postanawia jej przypomnieć, jak to się robi i tłumaczy z pokazywaniem:
- Prawą rączką i w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen. No spróbuj, teraz ty.
A dziewczynka mówi na głos:
- Ama, duchego, amen.
:)
- Przeżegnaj się ładnie.
Dziewczynka wykonuje kilka tanecznych ruchów ręką, co oznacza, że właśnie się przeżegnała. No to mama postanawia jej przypomnieć, jak to się robi i tłumaczy z pokazywaniem:
- Prawą rączką i w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen. No spróbuj, teraz ty.
A dziewczynka mówi na głos:
- Ama, duchego, amen.
:)
5.08.2013
Starcie z babą-buldożerem
Historia na faktach. Jak wszystkie moje.
Wracam z pracy i żar leje się z nieba. Zmęczona, spocona, spragniona i głodna jak wilk myślę o tym, żeby jak najszybciej dojechać do domu. Stoję w korku, rozglądam się i co widzę? Przecena w lumpeksie! Na szybie napisane flamastrem, że dziś wszystko za 1 lub 2 zł. No to, myślę sobie, jak już i tak tu stoję, to przynajmniej niech coś z tego mam. Wchodzę. Ludzi tyle, co na Woodstocku 10 lat temu (teraz nie wiem, bo byłam raz i mi na resztę życia wystarczyło).
Nowy towar oddzielony od starego jakimiś dziwnymi prętami, na których rozciągnięta biało-czerwona taśma, używana do ogradzania miejsc wypadków drogowych. Na środku ogrodzonego placu leży wielka, kolorowa sterta ubrań. A przed stertą transparent z napisem:"To jest nowa dostawa towaru". Ale nie wejdziesz człowieku, miejsce wypadku ogrodzone. To ja do wieszaków, które ogólnodostępne. No, myślę sobie, nie jest źle, muzyka gra, Rihanna śpiewa swoje najnowsze hity, olejek zapachowy w kominku można podciągnąć pod element aromaterapii - prawie jak we włoskim butiku.
Tradycyjnie idę do działu z ciuszkami dziecięcymi, bo nauczona doświadczeniem wiem, że można w nim znaleźć nowe rzeczy, jeszcze z metkami, których nikt nie nosił. Już nie raz udało mi się takie łupy zdobyć. Okrągły stojak, ciuszków nabite tyle, że ledwo można rozsunąć wieszaki i przyjrzeć się, co tam jest. Ale nie poddaję się, oglądam.
Do mojego stojaka powoli podchodzi baba-buldożer, starsza, dosyć krępa i niska, raczej niewyróżniająca się z tłumu. Tylko, że zamiast oglądać rzeczy po drugiej stronie okrągłego przecież stojaka, ona postanawia przeglądać na bieżąco te, które ja właśnie odkładam. Zupełnie jakby cieszyły się największą popularnością albo jakbym była królem Midasem i zamieniała je po kolei w złoto. Po krótkim namyśle i powierzchownych oględzinach dochodzę do wniosku, że baba zbyt zaciekle chwyta za te ciuszki i tak łatwo się nie podda. Decyduję się więc na mój stały trik, który jak dotąd zawsze pomagał i uwalniał mnie od takowych niechcianych "koleżanek". Biorę ciuszek niedbale do ręki, oglądam go ze wszystkich stron, a minę robię przy tym, jakby mi coś śmierdziało pod nosem. I obowiązkowo przechylam głowę raz w jedną raz w drugą stronę. Do tej pory numer skutkował. Baba widząc moją minę stwierdzała, że tam nic ciekawego nie ma i dawała mi spokój. Ale nie baba-buldożer, o nie! To jest twarda zawodniczka, ona się tak łatwo nie podda! Ja ciuszki w prawo (żeby cokolwiek móc zobaczyć), ona je w lewo. Ja znów w prawo, ona w lewo. Po piątym razie myślę sobie: "Przecież tak się nie da nic oglądać, muszę coś wymyślić.". Wymyślam więc korek, tzn. przestój. I niby wybieram małą, różową, spraną sukieneczkę i niby ją oglądam ze wszystkich stron już nie z miną śmierdzącą, lecz z bardzo zaciekawioną, zaintrygowaną wręcz. Tak jakbym próbowała odgadnąć zagadkę wszech czasów. I myślę sobie: "Jak postoję, baba się znudzi i przejdzie w końcu na drugą stronę wieszaka, bo ileż można za kimś stać i czekać?" Ale nic błędniejszego. Ona stoi i czeka. Po kilku minutach sprawdzania przeze mnie sukienkowych falbanek, kieszonek, guzików i w końcu już nawet szwów odkładam ją i przeglądam ubranka dalej. A co robi baba-buldożer? Rzuca się na oglądaną przeze mnie przed chwilą sukienkę jakby była wysadzana brylantami i zaczyna ją oglądać dokładnie tak samo, jak ja - krok po kroku. Myślę sobie: "Babo, ja to przecież dla zmyłki robiłam. Po co mi sprana sukienka?" Ale baba myśli, że sukienka dotknięta przez Midasa jest teraz wyjątkowa i idzie z nią do kasy. I pyta głośno sprzedawczynię: "A za ile by była ta sukienka?" Sprzedawczyni waży i odpowiada: "Pięćdziesiąt groszy". A baba buldożer robi kwaśną minę i mówi:"Oj, to nie, dziękuję" i odwiesza ubranko na miejsce. Oczy mi wychodzą z orbit: "50 groszy to za drogo??" No ale nic, widzę, że podchodzi znów z mojej prawej strony i znów łapie za wszystko, co tylko odłożę. I znów ja ciuszki w prawo, ona w lewo. W końcu nie wytrzymuję i zdobywam się na wyżyny mojej asertywności: "Przepraszam, ale ja nic nie mogę obejrzeć, kiedy Pani przesuwa te rzeczy z powrotem w moją stronę". Baba zdziwiona i przeprasza. Za chwilę jednak postanawia stoczyć ze mną ostateczną walkę. Swoje ręce zamienia w młyn, poruszający się z prędkością noży kombajnowych i kosi wszystko, co napotka. Szarpie ciuchy, jakby miała je rozerwać, a robi to tak szybko, że wieszak cały się rusza. Dochodzi rękami do moich rąk i wcale się nie zatrzymuje. To ja odchodzę krok w tył, myśląc, że baba-buldożer, to jednak trochę nie po kolei w głowie ma. A ona przechodzi całe okrążenie i robi drugą rundę. Jedzie i kosi z taką prędkością, że widząc to, automatycznie sama przyspieszam moje oglądanie. Oglądam, przerzucam już te wieszaki coraz szybciej, a baba coraz bliżej. To ja jeszcze szybciej, a baba za mną, jak cień. I nagle myślę sobie: "Co ja robię? Uciekam na wieszaku przed babą-buldożerem? Chore jakieś. Idę stąd". Spoglądam tylko ostatni raz na babę, która widząc, że odchodzę, zwalnia tempo koszenia i z miną zwycięzcy przymierza się do trzeciego okrążenia.
Przegrałam walkę, ale nauczyłam się, że jakby co, są inne sposoby na wykoszenie zainteresowanych oglądanych przez Ciebie w sklepie ubrań. Musisz zamienić się w babę-buldożera.
Wracam z pracy i żar leje się z nieba. Zmęczona, spocona, spragniona i głodna jak wilk myślę o tym, żeby jak najszybciej dojechać do domu. Stoję w korku, rozglądam się i co widzę? Przecena w lumpeksie! Na szybie napisane flamastrem, że dziś wszystko za 1 lub 2 zł. No to, myślę sobie, jak już i tak tu stoję, to przynajmniej niech coś z tego mam. Wchodzę. Ludzi tyle, co na Woodstocku 10 lat temu (teraz nie wiem, bo byłam raz i mi na resztę życia wystarczyło).
Nowy towar oddzielony od starego jakimiś dziwnymi prętami, na których rozciągnięta biało-czerwona taśma, używana do ogradzania miejsc wypadków drogowych. Na środku ogrodzonego placu leży wielka, kolorowa sterta ubrań. A przed stertą transparent z napisem:"To jest nowa dostawa towaru". Ale nie wejdziesz człowieku, miejsce wypadku ogrodzone. To ja do wieszaków, które ogólnodostępne. No, myślę sobie, nie jest źle, muzyka gra, Rihanna śpiewa swoje najnowsze hity, olejek zapachowy w kominku można podciągnąć pod element aromaterapii - prawie jak we włoskim butiku.
Tradycyjnie idę do działu z ciuszkami dziecięcymi, bo nauczona doświadczeniem wiem, że można w nim znaleźć nowe rzeczy, jeszcze z metkami, których nikt nie nosił. Już nie raz udało mi się takie łupy zdobyć. Okrągły stojak, ciuszków nabite tyle, że ledwo można rozsunąć wieszaki i przyjrzeć się, co tam jest. Ale nie poddaję się, oglądam.
Do mojego stojaka powoli podchodzi baba-buldożer, starsza, dosyć krępa i niska, raczej niewyróżniająca się z tłumu. Tylko, że zamiast oglądać rzeczy po drugiej stronie okrągłego przecież stojaka, ona postanawia przeglądać na bieżąco te, które ja właśnie odkładam. Zupełnie jakby cieszyły się największą popularnością albo jakbym była królem Midasem i zamieniała je po kolei w złoto. Po krótkim namyśle i powierzchownych oględzinach dochodzę do wniosku, że baba zbyt zaciekle chwyta za te ciuszki i tak łatwo się nie podda. Decyduję się więc na mój stały trik, który jak dotąd zawsze pomagał i uwalniał mnie od takowych niechcianych "koleżanek". Biorę ciuszek niedbale do ręki, oglądam go ze wszystkich stron, a minę robię przy tym, jakby mi coś śmierdziało pod nosem. I obowiązkowo przechylam głowę raz w jedną raz w drugą stronę. Do tej pory numer skutkował. Baba widząc moją minę stwierdzała, że tam nic ciekawego nie ma i dawała mi spokój. Ale nie baba-buldożer, o nie! To jest twarda zawodniczka, ona się tak łatwo nie podda! Ja ciuszki w prawo (żeby cokolwiek móc zobaczyć), ona je w lewo. Ja znów w prawo, ona w lewo. Po piątym razie myślę sobie: "Przecież tak się nie da nic oglądać, muszę coś wymyślić.". Wymyślam więc korek, tzn. przestój. I niby wybieram małą, różową, spraną sukieneczkę i niby ją oglądam ze wszystkich stron już nie z miną śmierdzącą, lecz z bardzo zaciekawioną, zaintrygowaną wręcz. Tak jakbym próbowała odgadnąć zagadkę wszech czasów. I myślę sobie: "Jak postoję, baba się znudzi i przejdzie w końcu na drugą stronę wieszaka, bo ileż można za kimś stać i czekać?" Ale nic błędniejszego. Ona stoi i czeka. Po kilku minutach sprawdzania przeze mnie sukienkowych falbanek, kieszonek, guzików i w końcu już nawet szwów odkładam ją i przeglądam ubranka dalej. A co robi baba-buldożer? Rzuca się na oglądaną przeze mnie przed chwilą sukienkę jakby była wysadzana brylantami i zaczyna ją oglądać dokładnie tak samo, jak ja - krok po kroku. Myślę sobie: "Babo, ja to przecież dla zmyłki robiłam. Po co mi sprana sukienka?" Ale baba myśli, że sukienka dotknięta przez Midasa jest teraz wyjątkowa i idzie z nią do kasy. I pyta głośno sprzedawczynię: "A za ile by była ta sukienka?" Sprzedawczyni waży i odpowiada: "Pięćdziesiąt groszy". A baba buldożer robi kwaśną minę i mówi:"Oj, to nie, dziękuję" i odwiesza ubranko na miejsce. Oczy mi wychodzą z orbit: "50 groszy to za drogo??" No ale nic, widzę, że podchodzi znów z mojej prawej strony i znów łapie za wszystko, co tylko odłożę. I znów ja ciuszki w prawo, ona w lewo. W końcu nie wytrzymuję i zdobywam się na wyżyny mojej asertywności: "Przepraszam, ale ja nic nie mogę obejrzeć, kiedy Pani przesuwa te rzeczy z powrotem w moją stronę". Baba zdziwiona i przeprasza. Za chwilę jednak postanawia stoczyć ze mną ostateczną walkę. Swoje ręce zamienia w młyn, poruszający się z prędkością noży kombajnowych i kosi wszystko, co napotka. Szarpie ciuchy, jakby miała je rozerwać, a robi to tak szybko, że wieszak cały się rusza. Dochodzi rękami do moich rąk i wcale się nie zatrzymuje. To ja odchodzę krok w tył, myśląc, że baba-buldożer, to jednak trochę nie po kolei w głowie ma. A ona przechodzi całe okrążenie i robi drugą rundę. Jedzie i kosi z taką prędkością, że widząc to, automatycznie sama przyspieszam moje oglądanie. Oglądam, przerzucam już te wieszaki coraz szybciej, a baba coraz bliżej. To ja jeszcze szybciej, a baba za mną, jak cień. I nagle myślę sobie: "Co ja robię? Uciekam na wieszaku przed babą-buldożerem? Chore jakieś. Idę stąd". Spoglądam tylko ostatni raz na babę, która widząc, że odchodzę, zwalnia tempo koszenia i z miną zwycięzcy przymierza się do trzeciego okrążenia.
Przegrałam walkę, ale nauczyłam się, że jakby co, są inne sposoby na wykoszenie zainteresowanych oglądanych przez Ciebie w sklepie ubrań. Musisz zamienić się w babę-buldożera.
18.07.2013
W osiedlowym sklepie
Nie mam maszyny, nie mogę szyć, więc napiszę o sprawach bieżących, co by poprawić sobie nastrój i do końca się nie załamać. Powiem tylko, że sama świadomość tego, że nie mogę usiąść do maszyny sprawia, że czuję się naprawdę źle. I tak nie miałabym czasu na szycie, ale jak wiem, że ona tam czeka zwarta i gotowa i w każdej chwili mogłabym ruszyć do pracy, to normalnie mam więcej sił i motywacji do wykonywania domowych obowiązków w jak najkrótszym czasie. Jakoś mi się tak bardziej wszystko chce. A teraz jestem jak flak, normalnie jak wracam z pracy, to nic mi nie idzie.
Napiszę więc o pewnej zabawnej sytuacji z osiedlowego sklepiku przy moim bloku, bo jak o niej myślę, to mi się buzia sama uśmiecha:)
Ostatnio wybrałam się do sklepiku po chleb, wyjątkowo miękki, bo jestem w trakcie leczenia zęba, który notorycznie pęka w pionie i trzeba te części usuwać i uważać, żeby coś jeszcze z niego zostało. Stoję więc i wybieram, oglądam, macam, zastanawiam się, czy przy przeżuwaniu będzie miękki, czy gumowaty i czy mój biedny ząb go zaakceptuje. W końcu biorę "na maślance, krojony", bo wydaje się najbardziej godny zaufania i idę do kasy. Nagle słyszę jednak za mną, że ktoś woła:
- Proszę pani, proszę pani!
Oglądam się na wszelki wypadek, bo kto wie, może chodzić o mnie. I co widzę? Stoją dwa krasnale - brat może 4-letni i siostra może 2-letnia i trzymają się za ręce. Siostra trzyma w drugiej ręce jednorazówkę, w której coś już jest i która sięga prawie do ziemi, a brat wyciąga do mnie małą rączkę, w której trzyma monetę i mi ją pokazuje. Moja pierwsza myśl - "Cygany. Pewnie chcą pieniądze na jedzenie." Ale nie. Chłopiec z ogromnym przejęciem i poczuciem misji do spełnienia pyta mnie:
- Proszę pani, a pomoże nam pani wybrać chleb?
Ja na to:
- Jak to... Chleb? No tak, tak, oczywiście, bardzo chętnie.
I jest mi strasznie głupio i wstyd, bo już ich wzięłam za Cyganów. A oni wcale nawet niepodobni byli, właściwie zupełnie niecygańscy. I idziemy do stoiska z chlebem. Dopiero teraz zauważam, że na poziomie wzroku chłopca (wyższego i tak od siostry) widać tylko bułki i rogale. Chleb jest dużo wyżej, nad jego głową. I chłopiec mówi z wielkim przejęciem:
- Yyyyy, taki świeży, yyyyyy krojony i nie za bardzo spieczony.
Kurczę, myślę sobie, to ja już wolę wybierać miękki na połamanego zęba, niż doradzać komuś " taki świeży, krojony i nie za bardzo spieczony". Bo wiadomo, na punkcie chleba niektórzy ludzie mają fioła i wybierają, przebierają, bo im odcień nie pasuje albo znajdują jakieś dziwne rzeczy, na które normalnie nie zwraca się uwagi. A ten pęknięty, a ten za bardzo chrupiący będzie, a ten jakiś taki biały i pewnie surowy w środku. Więc udzieliło mi się przejęcie chłopca i przebieram w tych chlebach. No wybrałam w końcu, ale czy ja wiem, czy on taki świeży. Tam raczej średnio świeże są chleby, ale myślę sobie, jakby co, to i tak nie będzie wiadomo, kto doradzał. Najważniejsze, że nie będzie na dzieci, bo one zleciły zadanie pani w sklepie. Podaję chłopcu chleb i widzę na jego twarzy wyraźną ulgę. Ale nie odchodzą, więc pytam:
- Może pomóc Wam coś jeszcze wybrać?
A oni zgodnie kiwają głowami w lewo i prawo, że nie i nagle odzywa się dziewczynka, którą ledwo można zrozumieć (no co, mała jest jeszcze, ma czas, nauczy się mówić). I patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami:
- Nasi rodzice nas prosili, zebyśmy kupili tylko chleb.
I trzymając się za ręce odeszli do kasy. A ja się wzruszyłam, bo to było takie piękne, takie niewinne, taka piękna misja zakupu chleba. I tak stoję i myślę sobie "Ale człowiek głupi. Cygany... pieniądze na jedzenie... A oni tylko chcieli kupić świeży chleb. Dlaczego pierwsza myśl jest taka, że ktoś coś od nas chce i że zaraz nas pewnie napadnie albo pobije i okradnie? Straszne to jest. A historia w sklepie jest kolejną na moim koncie, w której dzieci pokazały mi, jaka jestem.
Napiszę więc o pewnej zabawnej sytuacji z osiedlowego sklepiku przy moim bloku, bo jak o niej myślę, to mi się buzia sama uśmiecha:)
Ostatnio wybrałam się do sklepiku po chleb, wyjątkowo miękki, bo jestem w trakcie leczenia zęba, który notorycznie pęka w pionie i trzeba te części usuwać i uważać, żeby coś jeszcze z niego zostało. Stoję więc i wybieram, oglądam, macam, zastanawiam się, czy przy przeżuwaniu będzie miękki, czy gumowaty i czy mój biedny ząb go zaakceptuje. W końcu biorę "na maślance, krojony", bo wydaje się najbardziej godny zaufania i idę do kasy. Nagle słyszę jednak za mną, że ktoś woła:
- Proszę pani, proszę pani!
Oglądam się na wszelki wypadek, bo kto wie, może chodzić o mnie. I co widzę? Stoją dwa krasnale - brat może 4-letni i siostra może 2-letnia i trzymają się za ręce. Siostra trzyma w drugiej ręce jednorazówkę, w której coś już jest i która sięga prawie do ziemi, a brat wyciąga do mnie małą rączkę, w której trzyma monetę i mi ją pokazuje. Moja pierwsza myśl - "Cygany. Pewnie chcą pieniądze na jedzenie." Ale nie. Chłopiec z ogromnym przejęciem i poczuciem misji do spełnienia pyta mnie:
- Proszę pani, a pomoże nam pani wybrać chleb?
Ja na to:
- Jak to... Chleb? No tak, tak, oczywiście, bardzo chętnie.
I jest mi strasznie głupio i wstyd, bo już ich wzięłam za Cyganów. A oni wcale nawet niepodobni byli, właściwie zupełnie niecygańscy. I idziemy do stoiska z chlebem. Dopiero teraz zauważam, że na poziomie wzroku chłopca (wyższego i tak od siostry) widać tylko bułki i rogale. Chleb jest dużo wyżej, nad jego głową. I chłopiec mówi z wielkim przejęciem:
- Yyyyy, taki świeży, yyyyyy krojony i nie za bardzo spieczony.
Kurczę, myślę sobie, to ja już wolę wybierać miękki na połamanego zęba, niż doradzać komuś " taki świeży, krojony i nie za bardzo spieczony". Bo wiadomo, na punkcie chleba niektórzy ludzie mają fioła i wybierają, przebierają, bo im odcień nie pasuje albo znajdują jakieś dziwne rzeczy, na które normalnie nie zwraca się uwagi. A ten pęknięty, a ten za bardzo chrupiący będzie, a ten jakiś taki biały i pewnie surowy w środku. Więc udzieliło mi się przejęcie chłopca i przebieram w tych chlebach. No wybrałam w końcu, ale czy ja wiem, czy on taki świeży. Tam raczej średnio świeże są chleby, ale myślę sobie, jakby co, to i tak nie będzie wiadomo, kto doradzał. Najważniejsze, że nie będzie na dzieci, bo one zleciły zadanie pani w sklepie. Podaję chłopcu chleb i widzę na jego twarzy wyraźną ulgę. Ale nie odchodzą, więc pytam:
- Może pomóc Wam coś jeszcze wybrać?
A oni zgodnie kiwają głowami w lewo i prawo, że nie i nagle odzywa się dziewczynka, którą ledwo można zrozumieć (no co, mała jest jeszcze, ma czas, nauczy się mówić). I patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami:
- Nasi rodzice nas prosili, zebyśmy kupili tylko chleb.
I trzymając się za ręce odeszli do kasy. A ja się wzruszyłam, bo to było takie piękne, takie niewinne, taka piękna misja zakupu chleba. I tak stoję i myślę sobie "Ale człowiek głupi. Cygany... pieniądze na jedzenie... A oni tylko chcieli kupić świeży chleb. Dlaczego pierwsza myśl jest taka, że ktoś coś od nas chce i że zaraz nas pewnie napadnie albo pobije i okradnie? Straszne to jest. A historia w sklepie jest kolejną na moim koncie, w której dzieci pokazały mi, jaka jestem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






