12.09.2013

Skarby

Jakiś czas temu wygrałam Candy w Benkowie, o czym już pisałam, ale nic nie pokazałam, bo najpierw czekałam na słońce i dobre światło do zdjęć, a później zdjęcia zrobiłam i nie miałam czasu ich załadować. Teraz mam i pokazuję, co już jest właściwie od pewnego czasu w użytku:) Zapisując się na candy obiecałam sobie, że jak je wygram, to wygraną podaruję Witusiowi - siostrzeńcowi. I tak też się stało. Wituś jest bardzo zadowolony ze swoich prezentów. Czapeczkę nosi podczas spacerów, a śliniaczek mu się bardzo przyda, bo ślini się teraz coraz bardziej - zęby mu idą. Swoją drogą, śmieszne to określenie, że mu idą zęby. No bo jak? On siedzi i patrzy, jak te zęby z daleka do niego idą? Maszerują z transparentami "Zęby dla Witusia"? Bawi mnie czasem język i to, jak wieloznaczne jest to, co mówimy. A każdy i tak zrozumie właściwie:)

Tutaj czapeczka i śliniaczek - idealnie uszyte i idealnie zaprasowane. A te różki na górze są takie słodkie:)

 

 

 



A tutaj piękne serduszko, które służy mi teraz jako zakładka do książki:)






A w ogóle to chyba zwariowałam na punkcie rękodzieła. Już nawet nie chodzę do sklepów i nie szukam, co tu kupić, gdzie tu kupić, tylko zastanawiam sie, jak to zrobić. I nawet jeśli siedzę nad tym przez cały tydzień po godzinę dziennie (bo czasem są takie nabite dni), to cieszę się tym, jestem zadowolona i chętniej obdarowuję tym innych. Bo wiem, że się nad tym napracowałam, że stworzyłam coś z sercem i dla konkretnej osoby. Nie dla jakiegoś ktosia, o którym nie mam zielonego pojęcia. I kiedy tworzę, to od początku do końca o tej osobie myślę i to mi daje strasznie wielką radość. Zastanawiam się, jak zareaguje, a co jej się spodoba, a co zrobi z tym, czy tamtym. Widzę dużo większą wartość rzeczy zrobionych własnoręcznie, niż wykonanych seryjnie. I jeszcze bardziej zdałam sobie z tego sprawę, kiedy byłam w odwiedzinach u siostry i pokazała mi pluszowego słonia, którego Wituś dostał od jej koleżanki. Pyta: "Fajny ten słoń, nie?" A ja tak patrzę i widzę po prostu słonia. Takiego maskotkowego, sklepowego, równego. Nie było w nim nic, co zwróciłoby moją uwagę. Nic. On był po prostu słoniem. A ja lubię, jak maskotka ma w sobie coś niezwykłego. Np. trochę krzywy nos, nieidealny, jak ma jedno oko odrobinę wyżej przyszyte, ale tak minimalnie, bo tak się akurat złożyło, bo ludzka ręka nie jest w stanie przyszyć czegoś tak równo jak maszyna. Lubię, kiedy łapki nie są identyczne, a uszy trochę przesunięte. Kiedyś nie cierpiałam tego w swoich pracach i postrzegałam to jako niedoskonałość, błąd do poprawy, wściekałam się i prułam, aż było równo. Wydawało mi się, że dopiero jak będzie idealnie jak od linijki, to będzie fajnie. A teraz uważam, że fajne jest to, co naturalne, co nierówne, a dzięki temu ciekawe i niepowtarzalne. Dlatego też szalenie ucieszyłam się z wygranej, bo wiedziałam, że mama Benka uszyła te rzeczy ręcznie. A jak wyjmowałam je z koperty, w której przyszły, to byłam ogromnie podekscytowana i oglądałam je ze wszystkich stron, głaskałam. Ja po prostu zwariowałam na punkcie szacunku dla pracy ludzkich rąk.

I jeszcze raz bardzo dziękuję za takie piękne skarby!
:)

Bo najważniejsze na imprezie jest...?

Kochani!

tyle się wydarzyło, że nie wiem, od czego zaczynać. Jak to mówi moja Babcia, najlepiej od początku;)

Jest mi bardzo miło, że grono obserwatorów bloga się powiększa i już nawet postanowiłam sobie, że jak licznik osiągnie magiczną setkę, to zrobię takie candy, że mi szczęka opadnie z zapracowania, bo zaplanowałam bardzo fajną, ale bardzo pracochłonną niespodziankę. Zaczęłam już nawet realizację, bo zanim skończę, minie trochę czasu;)

Chcę Wam pokazać szatkę, którą kupiłam dla mojej Chrześnicy, Leny. Tak strasznie mi się spodobała, taka prosta, a jednocześnie elegancka. Zrobiłam zdjęcie, ale było dość ciemno i nie widać jej uroku. Wierzcie mi, że na żywo była 100 razy piękniejsza. No i zdjęcie się nie chce dać obrócić. Chyba zrobiłam je jakoś nie tak. A może przez to, że telefonem?



W każdym razie chrzciny Leny i jej kuzyna Witka były 31. sierpnia i było bardzo miło. A ja jak Demolka - co najlepiej pamiętam z imprezy? "Placiek":) Bo babcia się postarała i taki jej sernik wyszedł, że chyba nigdy go nie zapomnę. Z wierzchu lekko chrupiąca, cienka,  krucha warstwa brązowawego ciasta, tartego na dużych oczkach i tworzącego bardzo ciekawą, nierówną strukturę, a pod nią istny raj! Puszysty, mięciutki, rozpływający się w ustach ser z kawałkami brzoskwiń. Przyjemność dla oka i uczta smaku. Jadłam ten rajski placiek i myślałam o Demolce, że właściwie to ona ma rację, bo rzeczywiście tak jest, że jak jedzenie na imprezie smakuje i jest go odpowiednia ilość, to całość wspomina się jako udaną. A jak nie smakuje, albo jest go tyle, co kot napłakał, to człowiek siedzi głodny, czyli zły i po latach to pamięta. Nie jest tak? Jak myślę o jakiejkolwiek imprezie, to czasem nie pamiętam wszystkich, którzy na niej byli, ale jedzenia nie zapomnę;)

Gorąco Was pozdrawiam i życzę Wam duużo ciepłego słońca!

magnolienrinde

29.08.2013

Stary elementarz

A wszystko przez jedno, niby przypadkowe zdarzenie...

Idę sobie jakieś 2 tygodnie temu przez Stary Browar i widzę, że na parterze otworzyli jakąś księgarnię. A że ksiegarnie lubię i tej nigdy wcześniej nie widziałam, postanowiłam, że zajrzę. Oglądam, oglądam, a tu książki jakieś takie inne, "z dalekiego świata" ;), o jakich nigdy wcześniej nie słyszałam i jakich nie widziałam - baśnie duńskie, skandynawskie itp. Pomyślałam więc, że może znajdę coś oryginalnego dla moich bratanko-siostrzeńców.

Najpierw natknęłam się na niemiecką książkę o potworze Gruffalo, którą czytałam dzieciom w Niemczech i którą znałam już na pamięć, bo ją uwielbiały i trzeba było czytać kilka razy dziennie. Dobre tłumaczenie na polski, tekst tak samo zabawny:) A później trafiłam na tę, o której istnieniu dawno zapopmniałam - Elementarz, z którego jako dziecko uczyłam się czytać (i którego w zasadzie wtedy nienawidziłam, ale nie dlatego, że był nudny, tylko po prostu ciężko mi szło i smak porażki nie należał do moich ulubionych. Szybko się poddawałam i zniechęcałam, że mi nie wychodziło. W związku z tym omijałam go szerokim łukiem, ale tato skutecznie promień tego łuku skracał. Trzeba było ćwiczyć, nie rzadko przez łzy i jak nic nie rozumiałam, to chociaż sobie obrazki pooglądałam. Je rozumiałam;).

Ale jak wiadomo, czas leczy rany i elementarz już mi się źle nie kojarzy. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, wzięłam go do ręki i kartkuję. Nie uwierzycie, ale aż ścisnęło mnie w gardle. Ja te wszystkie ilustracje pamiętałam! Dziewczynki w fartuszkach szkolnych, w grubych brązowych rajtuzach i z lalkami w rękach, z warkoczykami i kokardami albo kozę przy wozie z kapustą. Uczucie, jakie trudno opisać, coś w rodzaju podróży w czasie albo spotkania z dawnym przyjacielem. Normalnie się wzruszyłam. Miałam ciarki na całym ciele, a serce biło mi jak szalone. I te czytanki! Napisane językiem, jakiego dawno już się nie używa. Pierwsza myśl: "Kupię ją i moje dzieci będą się z niej uczyć czytać!" Ale po chwili myślę sobie, że chyba nie wyszłoby im to na dobre, bo takim językiem się już nie mówi. Nawet imiona troszkę rzadziej spotykane. I pomyślałam o tym, jak będą wyglądały czytanki, kiedy moje dzieci bedą się uczyły czytania. Może o tym, że Max zapomniał naładować ajfona i rano go nie obudził budzik? Albo że ma ADHD i musi trenować sztuki walki, żeby rozładować napięcie. Albo że mu się popsuł kład, którego dostał na komunię? I tak stoję sobie z tym elementarzem i uśmiecham się sama do siebie. Tyle się zmieniło, a tak niewiele czasu minęło od mojego dzieciństwa. Zerkam jeszcze na cenę - 80 zł (co???!!! oszaleli chyba!) i bez wyrzutów sumienia odkładam książkę na półkę i wychodzę.

Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale po tym wydarzeniu coś się we mnie jakby otworzyło i zaczęły mi się przypominać taśmowo wręcz najróżniejsze książki z mojego dzieciństwa. Te, które uwielbiałam, które często oglądałam/ czytałam i o których jako dziecko rozmyślałam. I chodzę już drugi tydzień z tymi rozmyślaniami, a że umysł mam analityczny, doszłam w końcu do wniosku, że to, co czytałam, bądź było mi czytane w dzieciństwie, w ogromnym stopniu ukształtowało mnie i wpłynęło na to, kim teraz jestem. Wiadomo, człowiek zmienia się przez całe życie i wszystko, czego doświadcza, zostawia w nim jakiś ślad, ale te książki były pierwsze, z całej listy przeczytanych przeze mnie i może dlatego tak bardzo wryły się w pamięć. I postanowiłam przy okazji odwiedzin w rodzinnym domu poszukać ich i sobie na pamiatkę zeskanować. Wszystkich niestety nie udało się odgrzebać, pewnie są gdzieś w kartonach na strychu. Ale te, które znalazłam sprawiły mi tyle radości:))) Przez tyle lat o nich nie myślałam, a one czekały cierpliwie na właściwy moment, żeby sie przypomnieć:) Elementarz znalazłam! Po przejściach, z luźnymi kartkami i jak się okazało podpisany dziecięcym pismem przez brata mojej babci, czyli on też musiał się z niego uczyć czytać! :) A może nawet ktoś przed nim...

Fajne uczucie:)



Gorąco pozdrawiam!  :*