Kochane!
baaardzo Wam dziękuję za tyle dobrych rad i pomysłow odnośnie szyciowych upominków dla maluchów:) Jestem Wam bardzo wdzięczna, bo jakby nie patrzeć nie mam zbyt wielkiego doświadczenia z takimi kruszynkami i trochę się stresuję, czy uszyję coś, co je zainteresuje, czy znudzi. Ja patrzę jak dorosła, mimo, że się czasem bardzo staram wyobrazić, jak one to wszystko widzą. I nie wiem, czy to będzie super, czy mega suchar. Ale zastosuję się do wszystkich rad i zrobię coś szeleszcząco-metkowo-miękko-kolorowego:) I tak sobie myślę, że chyba nawet stąd wynika moja fascynacja postrzeganiem świata przez dziecko. Potrafią czasem tak zaskoczyć, że w życiu by człowiek nie pomyślał.
A propos:
Kilka dni temu wieszam sobie pranie na balkonie. Piękne słoneczko, cieszę się, że wszystko mi wyschnie i nie będzie się kisić w domu. I że mam weekend, że w końcu odpocznę, może poszyję, może poczytam, a może po prostu przez chwilę nic nie zrobię i ucieszę się tym, że nic nie muszę, że nic mnie nie goni. Oczywiście na placu zabaw przed balkonem mnóstwo bawiących się dzieci - różnego wieku, wzrostu i maści;) I nagle ktoś w bloku obok puszcza na cały regulator muzykę, ale taką naprawdę głośną - wściekłą trąbkę, która gra melodię właściwie nie wiadomo jaką, taką trąbkową. I wszyscy się oglądają na boki i szukają, z którego okna dobiega dźwięk. A ja sobie myślę: "Człowieku, nie możesz słuchać we własnym mieszkaniu? Czy wszyscy muszą słuchać razem z tobą? Jak lubisz głośno, to załóż słuchawki. Gdzie ty masz rozum, ludzie chcą odpocząć po ciężkim tygodniu, a ty tu takie numery robisz. Ścisz w końcu" (było jeszcze kilka innych myśli, ale zapisuję tylko wersję ocenzurowaną). I ta muzyka gra i gra. Patrzę wtedy na dzieci i okazuje się, że one są przeszczęśliwe, tańczą i wołają: "jaka piękna muzyczka, ale fajnie". Jednym słowem bezgraniczna radość. I zdębiałam. Zrobiło mi się głupio i najchętniej schowałabym się do środka, gdyby nie parę skarpet, które zostały mi jeszcze do rozwieszenia. Nagle muzyka cichnie, a rozczarowane dzieci pytają jedno przez drugie swoje mamy: "Mamo, a dlaczego nie ma już muzyki, a kto ją wyłączył, a czemu nic nie słychać, a będzie jeszcze za chwilę...?". I tak mi się jakoś smutno zrobiło, że zamiast cieszyć się pierdołami, ja się wściekam... Powinniśmy się uczyć od dzieci, jak doceniać drobne radości. A przede wszystkim postrzegać je jako radości.
15.05.2013
13.05.2013
Zakochałam się!
I to w kim?:) W dwóch przesłodkich istotkach, które sprawiają, że mięknę i odbiera mi rozum. Byłam w weekend w rodzinnym domu, żeby przywitać dzieci mojego rodzeństwa. I zanim przyjechałam myślałam sobie, że na pewno będą ładne i kochane, bo wszystkie dzieci są ładne i kochane. Ale ja nie sądziłam, że aż tak! Najpierw zobaczyłam synka starszej siostry (dla przypomnienia, młodsza też jest w ciąży, ale rodzi za miesiąc). Siedziała na fotelu i trzymała go zawiniętego w rożku. Miał taką małą główkę i taki grzeczny wyraz twarzy, smacznie sobie spał. Nie mogłam się na niego napatrzeć, dziecko to prawdziwy cud! Taki mały człowiek, taki bezbronny i niewinny. Śpi sobie beztrosko w rożku, przytulony do mamy, a jak zgłodnieje, to się budzi i pije mleko. I ten widok siostry jako matki, nie mogę się przyzwyczaić. Od razu przypomniały mi się wszystkie psoty, jakie robiłyśmy, będąc dziećmi. Jak np. bawiłyśmy się w operację na desce do prasowania i pod ciężarem pacjenta desce wykrzywiły się nogi i nie dawała się już do użytku. I za karę musiałyśmy przez cały wieczór prostować ją rękami z całych sił, jedna ciągnęła, druga pchała. Płakałyśmy z bezsilności, bo oczywiście nasze kombinacje nic nie pomagały. Ale jak to zbliża!;) W końcu tato się zlitował i wziął ją do naprawy. Albo jak popsułyśmy harmonijkowe drzwi od mojego pokoju, bo idealnie nadawały się do randki w ciemno. Tyle razy je rozsuwałyśmy i zasuwałyśmy, że coś się urwało i już się do końca nie zasunęły i tato je w końcu zdemontował. I nie byłoby drzwi po dziś dzień, gdyby nie ciąża siostry. Tato kupił jakiś miesiąc temu nowe drzwi (też harmonijkowe) i pokój jest zamykany. I znów można się bawić w randkę w ciemno;) Haha, oczywiście żartuję, teraz nikomu by to już chyba nie przyszło do głowy, bo stare konie jesteśmy. No i wrócę do mojego wątku, że ta siostra od psot jest teraz matką. Odpowiedzialną za życie swojego dziecka, w przyszłości wzór do naśladowania itd. Jakie to wszystko dziwne:) Normalne, ale dziwne:)
A w sobotę rano przyjechali rodzice żony brata, Niemcy i pojechaliśmy z nimi ja i brat do szpitala. Przez całą drogę słuchaliśmy na cały regulator niemieckich szlagierów, Volksmusik typu hajli hajla i "do pełni szczęścia"największych hitów Kelly Familly. Jakieś dwadzieścia lat temu pewnie nie posiadałabym się ze szczęścia, słysząc Angelo i Paddy'ego, ale obecnie delikatnie mówiąc niekoniecznie:) Jak to dobrze, że droga trwała tylko 25 minut;) No i niby człowiek nie chce mysleć stereotypowo, ale jak tu się powstrzymać, jak tuż po wjeździe do miasta samochód zwalnia do 50 i ani deko szybciej. Tam, gdzie trzeba 30, jedziemy 30. Wszyscy nas wyprzedzają, ale my spokojnie jedziemy sobie przepisowo:)
Maleństwo spało przy mamie, kiedy przyszliśmy. Z twarzy czysty dziadek Bernd:) A włosy długie i rzeczywiście czarne jak smoła po tacie. A takie gęste, jakby miała perukę. Prześliczna małpka-krecik:) Mogłam ją wziąć na ręce, ponosić, nawet przewinąć! Ciężko szło, bo bardzo wierzgała nóżkami i wkładała je w pieluchę, ale jakoś sobie poradziłam. Byłam taka szczęśliwa:) Pomyślałam sobie, że najchętniej nie wychodziłabym z tego szpitala do wieczora, żeby jak najdłużej móc na nią patrzeć. I moje marzenie się spełniło! Rodzice Sandry odwieźli nas do domu, wsiedliśmy w samochód brata i wróciliśmy do szpitala, gdzie siedzieliśmy przy Lenie i jej mamie do 22:00. Szaleństwo, co? Ale normalnie ciężko było wychodzić. Lena jest bardzo spokojna, prawie w ogóle nie płacze, tylko przy przebieraniu i kąpieli. Chociaż w sumie, jakby mnie ktoś nagle rozebrał i wsadził do wody, to pewnie też bym protestowała;) Czasem łatwiej kogoś zrozumieć, jak się wyobrazi siebie w jego sytuacji.
Zrobiłam mnóstwo zdjęć maluszków i chętnie wrzuciłabym po jednym zdjęciu na bloga, ale najpierw muszę zapytać ich rodziców o zgodę, bo wiadomo, nie mogę się rządzić;) I nie mogę przestać o nich myśleć. To jakby patrzeć na pulpit i niby widzieć wszystkie ikony, ale co chwilę zerkać na tapetę, która przykuwa wzrok. Wybaczcie za porównanie, ale chyba najbardziej oddaje sens mojego zamroczenia-rozproszenia.
No i muszę pomyśleć o uszyciu jakichś niemowlęcych zabawek. Tylko kurczę, ani się nie znam, ani nie mam pomysłu. Może Wy mi coś podpowiecie? Będę wdzięczna!
Gorąco Was pozdrawiam:***
A w sobotę rano przyjechali rodzice żony brata, Niemcy i pojechaliśmy z nimi ja i brat do szpitala. Przez całą drogę słuchaliśmy na cały regulator niemieckich szlagierów, Volksmusik typu hajli hajla i "do pełni szczęścia"największych hitów Kelly Familly. Jakieś dwadzieścia lat temu pewnie nie posiadałabym się ze szczęścia, słysząc Angelo i Paddy'ego, ale obecnie delikatnie mówiąc niekoniecznie:) Jak to dobrze, że droga trwała tylko 25 minut;) No i niby człowiek nie chce mysleć stereotypowo, ale jak tu się powstrzymać, jak tuż po wjeździe do miasta samochód zwalnia do 50 i ani deko szybciej. Tam, gdzie trzeba 30, jedziemy 30. Wszyscy nas wyprzedzają, ale my spokojnie jedziemy sobie przepisowo:)
Maleństwo spało przy mamie, kiedy przyszliśmy. Z twarzy czysty dziadek Bernd:) A włosy długie i rzeczywiście czarne jak smoła po tacie. A takie gęste, jakby miała perukę. Prześliczna małpka-krecik:) Mogłam ją wziąć na ręce, ponosić, nawet przewinąć! Ciężko szło, bo bardzo wierzgała nóżkami i wkładała je w pieluchę, ale jakoś sobie poradziłam. Byłam taka szczęśliwa:) Pomyślałam sobie, że najchętniej nie wychodziłabym z tego szpitala do wieczora, żeby jak najdłużej móc na nią patrzeć. I moje marzenie się spełniło! Rodzice Sandry odwieźli nas do domu, wsiedliśmy w samochód brata i wróciliśmy do szpitala, gdzie siedzieliśmy przy Lenie i jej mamie do 22:00. Szaleństwo, co? Ale normalnie ciężko było wychodzić. Lena jest bardzo spokojna, prawie w ogóle nie płacze, tylko przy przebieraniu i kąpieli. Chociaż w sumie, jakby mnie ktoś nagle rozebrał i wsadził do wody, to pewnie też bym protestowała;) Czasem łatwiej kogoś zrozumieć, jak się wyobrazi siebie w jego sytuacji.
Zrobiłam mnóstwo zdjęć maluszków i chętnie wrzuciłabym po jednym zdjęciu na bloga, ale najpierw muszę zapytać ich rodziców o zgodę, bo wiadomo, nie mogę się rządzić;) I nie mogę przestać o nich myśleć. To jakby patrzeć na pulpit i niby widzieć wszystkie ikony, ale co chwilę zerkać na tapetę, która przykuwa wzrok. Wybaczcie za porównanie, ale chyba najbardziej oddaje sens mojego zamroczenia-rozproszenia.
No i muszę pomyśleć o uszyciu jakichś niemowlęcych zabawek. Tylko kurczę, ani się nie znam, ani nie mam pomysłu. Może Wy mi coś podpowiecie? Będę wdzięczna!
Gorąco Was pozdrawiam:***
10.05.2013
Nie uwierzycie! Zostałam podwójną ciocią:)))
Hurra! Wreszcie będzie można zobaczyć małą Lenę:))) Urodziła się dokładnie tego dnia, na który był wyznaczony poród:) Ale od początku:
Dzisiaj rano wstałam, jak co dzień o 5:15, wykąpałam się, rozczesuję włosy i słyszę, że dzwoni telefon. Myślę sobie: "Kto mógłby dzwonić o tak wczesnej porze? Jeszcze chyba nikt tak wcześnie do mnie nigdy nie zadzwonił." I nagle zapaliła się w mojej głowie czerwona lampka z napisem "Coś się stało". Nogi mi się ugięły i lecę szukać telefonu. A ten oczywiście zaplątał się gdzieś między kołdrą i kocem, pod którymi śpię i nie mogę go wytrząsnąć. Mamma mija, w końcu jest. Patrzę na wyświetlacz: "Sandra". Sandra to żona mojego brata, oczekująca od dziewięciu miesięcy narodzin ich potomka. A raczej potomczyni albo potomki, bo miała się urodzić dziewczynka:) Odbieram telefon z zapartym tchem i słyszę pełen wzruszenia głos mojego brata: "Nie uwierzysz, co się stało, normalnie nie uwierzysz. Jest już Lenka! I jest taka piękna, normalnie taka piękna, że brak mi słów. Taka malutka, przepiękna Mausi (Mausi to po niemiecku "myszka". Żona brata jest Niemką i rozmawiają po polsku i po niemiecku. A że Mausi to takie ładne zdrobnienie, czasem przemycamy je do polskiego)." Tak się ucieszyłam, że normalnie zapomniałam, że muszę iść suszyć włosy, bo się nie wyrobię do pracy. Siadam, podsuwam sobie wielki kubek herbaty, piję i opowiadam Skarbowi(jakby nie słyszał rozmowy): "Skarbie, jest już Lenka, Boże, wreszcie, przecież Sandra już nie miała sił, tak bardzo bolał ją kręgosłup i taki ciężki był już brzuch i woda jej się zatrzymała w organiźmie i była cała spuchnięta i to bolało..." (jednym słowem trajkoczę bez opamiętania) I na koniec dodaję: "I ona ma podobno czarne włosy, wiesz?" A Skarb na to z na wpół otwartymi oczami: "Dobrze, że skóra biała."
I to jest właśnie męskie podejście:)
Dzisiaj rano wstałam, jak co dzień o 5:15, wykąpałam się, rozczesuję włosy i słyszę, że dzwoni telefon. Myślę sobie: "Kto mógłby dzwonić o tak wczesnej porze? Jeszcze chyba nikt tak wcześnie do mnie nigdy nie zadzwonił." I nagle zapaliła się w mojej głowie czerwona lampka z napisem "Coś się stało". Nogi mi się ugięły i lecę szukać telefonu. A ten oczywiście zaplątał się gdzieś między kołdrą i kocem, pod którymi śpię i nie mogę go wytrząsnąć. Mamma mija, w końcu jest. Patrzę na wyświetlacz: "Sandra". Sandra to żona mojego brata, oczekująca od dziewięciu miesięcy narodzin ich potomka. A raczej potomczyni albo potomki, bo miała się urodzić dziewczynka:) Odbieram telefon z zapartym tchem i słyszę pełen wzruszenia głos mojego brata: "Nie uwierzysz, co się stało, normalnie nie uwierzysz. Jest już Lenka! I jest taka piękna, normalnie taka piękna, że brak mi słów. Taka malutka, przepiękna Mausi (Mausi to po niemiecku "myszka". Żona brata jest Niemką i rozmawiają po polsku i po niemiecku. A że Mausi to takie ładne zdrobnienie, czasem przemycamy je do polskiego)." Tak się ucieszyłam, że normalnie zapomniałam, że muszę iść suszyć włosy, bo się nie wyrobię do pracy. Siadam, podsuwam sobie wielki kubek herbaty, piję i opowiadam Skarbowi(jakby nie słyszał rozmowy): "Skarbie, jest już Lenka, Boże, wreszcie, przecież Sandra już nie miała sił, tak bardzo bolał ją kręgosłup i taki ciężki był już brzuch i woda jej się zatrzymała w organiźmie i była cała spuchnięta i to bolało..." (jednym słowem trajkoczę bez opamiętania) I na koniec dodaję: "I ona ma podobno czarne włosy, wiesz?" A Skarb na to z na wpół otwartymi oczami: "Dobrze, że skóra biała."
I to jest właśnie męskie podejście:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)